Nomada w trakcie przeprowadzki czyli matka na spacerze

Wychodzisz z domu. Nie na długo. Godzinkę może, w porywach dwie. No dobra, może trzy.  Nadal gdzieś z tyłu głowy migają Ci te słodkie obrazki z Instagrama pt. #spacerek z #mojewszystko. Na szczęście już trochę grasz w tę strategiczną grę zwaną macierzyństwem i wiesz, że to pic na wodę. Ściema, szybka sesja zdjęciowa, w którą jest zaangażowane milion osób w tym ktoś od rozśmieszania dziecka, ktoś od robienia zdjęć i gdzieś na końcu ktoś, kto dźwiga zawartość małej ciężarówki. 

Muszę nieskromnie przyznać, że mam niejakie doświadczenie w dźwiganiu trzech ton rzeczy na raz. Weekendowe zjazdy w Studium dla Kapelmistrzów i Tamburmajorów (ech, kiedy to było, aż się łezka w oku kręci) oznaczały często podróżowanie autobusem z ciężką walizką, torebką, buławą i wielkim futerałem. Nie było łatwo, ale jednak wtedy miałam świadomość, że jak czegoś zapomniałam (oprócz instrumentu oczywiście) to trudno, jak się da kupić to kupię, a jak nie to sorry maleńka, musisz sobie radzić. Małe dziecko takiej świadomości nie ma. Jeśli nagle zorientuje się, że jest głodne, to ono jest głodne TU I TERAZ, a nie jak wrócimy do domku, nie za minutkę i za sekundeczkę też nie.

A że może się też zrobić znudzone, spragnione, senne, marudne, płaczliwe i nie wiadomo jakie jeszcze, przygotowujesz się na każdą okoliczność. Każdą. Nawet na to, że nagle, w samym środku upalnego dnia, może spaść śnieg. Bo nie wiesz przecież, jasnowidzem nie jesteś. A kocyk się zawsze przyda, zresztą i tak zajmuje niewiele miejsca, taki tam mały kocyk. Niewiele miejsca zajmują też pieluchy. Dwie raptem, to co to jest. Chusteczki, podkłady, bidon z wodą, jedzenie, dodatkowe ubranko w razie W, zabawki, letnią porą krem z filtrem i czapka z daszkiem, kapelusik, smoczki i pierdyliard innych równie potrzebnych rzeczy, z moskitierą i osłoną przed deszczem włącznie. Wszystko to takie malusie, aż żal nie zabrać. 

Chcesz to ograniczyć, ale nie umiesz. Zamiast wyciągać dziecięce rzeczy z torby i uczynić to wyjście lżejszym, dokładasz jeszcze swoje klamoty. Jest pochmurno, ale heloooł, nie wiesz czy za chwilę nie wyjdzie słońce, musisz koniecznie zabrać okulary. Zresztą one i tak nie zajmują dużo miejsca, to już ustaliliśmy. Jakąś szminkę/pomadkę też masz zawsze przy sobie, bo niby czemu nie. I coś do picia. I słuchawki. Kluczyki. Portfel. To. I tamto. Wiadomo.

Jak mówi stare ludowe porzekadło: lepiej nosić niż się prosić. To nic, że przez to zdarzało nam się przegrać tę czy inną bitwę. Słyszeliście o tym? Wrogie wojsko już trzy razy się zdążyło znudzić, a tam w oddali Polacy cisną z najpotrzebniejszymi rzeczami. Jeden osiołek w tą czy w tą, co za różnica. A ten miecz to taki fajny, może się przydać przecież, nigdy nie wiadomo. Co mówicie, że co? Że już czterdzieści nadprogramowych osiołków? Oj tam, oj tam, jakoś dojdziemy, co – my nie damy rady?

Ładujesz więc te wszystkie absolutnie potrzebne rzeczy, a potem wychodzisz z domu z gracją słonia i dziwisz się czemu ludzie na Ciebie dziwnie patrzą. Wykonują nerwowe ruchy w stronę najbliższego sklepu spożywczego, próbują dodzwonić się do rodziny albo w pośpiechu szukają kluczyków od samochodu. Są bowiem przekonani, że zbliża się wojna lub co najmniej jakaś katastrofa, wybuch, whatever. Przecież to niemożliwe, żeby normalna osoba dźwigała tyle rzeczy na raz. No niemożliwe po prostu. 

Nie kumają, że wyjście na miasto to jak darmowa siłownia dla matki i trzeba to wykorzystać póki czas. Po co multisporty, kto by się bawił w noszenie przy sobie, pamiętanie, taka karta to mała, chuda, może się zgubić. Chcesz siłownię? Zrób ją sobie sama!

Wakacje z niemowlakiem – mission completed!

Przełom września i października. Niby ostatnimi czasy lato jeszcze walczy, jeszcze wysyła słońce z misją niesienia radośnie witaminy D, a jednak już czuć powiew jesieni. Najsłabsze ogniwa spadają z drzew, poranki chłodne, o wieczorach z winem na balkonie też powoli można już zapominać aż do przyszłego roku. I to jest świetny czas na to, żeby przedłużyć sobie lato. Zwykle wtedy ja i mój szanowny małżonek pakujemy walizki, wsiadamy w samolot i fruu sru, lecimy w stronę słońca. 

Rok temu temat został zawieszony z powodu moich nadprogramowych 14 kg, z których większość gromadziła się na brzuchu. W tym roku postanowiliśmy dać się ponieść fantazji i sprawdzić czy wakacje z dzieckiem mają faktycznie tyle wspólnego z wakacjami co urlop macierzyński z urlopem. Czytaj dalej Wakacje z niemowlakiem – mission completed!

Strach ma tylko wielkie… rzęsy?

Umawiam się do kosmetyczki. Na rzęsy. Odkąd przy okazji infekcji oka w styczniu musiałam się ich pozbyć, jakoś nie było okazji by zrobić je ponownie. Pomijając fakt, że przy dziecku takie fanaberie to sobie można wsadzić. W pewną część ciała. 

Ale trudno, już tyle minęło czasu, okazja jest idealna, bo zbliżający się wyjazd, więc czemu z niej nie skorzystać? Kto by się malował codziennie na wakacjach, palmy czekają, morze szumi i co, jeszcze mam stać przed lusterkiem? A potem wejdę do wody i wszystko się zmyje? No nie. Nie, nie, nie.  Czytaj dalej Strach ma tylko wielkie… rzęsy?

Na miastooo – marsz!

Celebrycki świat stara się skutecznie przekonać nas, zwykłych ludzi, że po urodzeniu dziecka nic się nie zmienia. Możemy nadal czerpać z życia pełnymi garściami, spotykać się na mieście ze znajomymi, wskakiwać spontanicznie w samolot i lecieć na kolację do Paryża, chodzić na koncerty i takie tam, wicie-rozumicie. Niemowlak nie może nam dyktować jak mamy żyć! Nie dajmy się zamknąć w czterech ścianach!

Że tak się delikatnie wyrażę – Pudelek swoje, życie swoje. 
Czytaj dalej Na miastooo – marsz!