Bez kija nie podchodź czyli jak chciałam zaszczepić dziecko na ospę

Sobota. Weekend. Siedzę w szlafroku i wpatruję się w mojego śpiącego synka. O godzinie 18. Powiecie, że mam szczęście (“mój to do północy latał ostatnio!”). No nie do końca właśnie. Tak się składa, że trochę tego szczęścia zabrakło. Ale czyja to wina?

No właśnie. Czyja?

Szymek zasnął ze zmęczenia, wcześniej doprowadzając swoją matkę na skraj załamania nerwowego. On płakał, ja razem z nim, w smutnym uścisku siedzieliśmy sobie i płakaliśmy, bo nie wiedzieliśmy co zrobić. Już nic nie działało, ani noszenie na rękach, bajki, książeczki, żadne “o zobacz, idzie piesek!”, “popatrz, lecą ptaszki!” czy robienie głupich min . N-I-C. 

Spoko, każdy to miał jak był mały

Skąd ten płacz? A otóż z choroby, którą przechodziła pewnie większość z nas. Ospa. Niby nic takiego, powiecie, o dżizas, co ona przeżywa, to tylko ospa, ej, a co byś zrobiła gdyby to był rak, skoro przy ospie nie dajesz rady? Poza tym chyba lepiej, że teraz, a nie później, raz przechoruje i z głowy, weź w ogóle, po co żem tu klikał jak tu takie bzdury.

I okej, ja to rozumiem. To nie jest choroba, z którą trzeba jakoś szczególnie walczyć, nie wykańcza też finansowo, zasadniczo można powiedzieć, że dwa tygodnie i po sprawie. 

No to o co mi chodzi?!

Chodzi o to, że ja chciałam moje dziecko przed tą chorobą uchronić. Wiedziałam, że w żłobku złapanie ospy jest więcej niż pewne, prędzej czy później to się musiało stać. Dlatego chciałam Szymka zaszczepić. Nasze wspaniałe państwo obiecuje darmowe szczepienie na ospę, jeśli dziecko chodzi do żłobka. Tak dba o nas, obywateli z małymi dzieciaczkami, w końcu rodzina jest najważniejsza, patrzcie jacy jesteśmy jedwabiści – dajemy wam coś ZA DARMO. Wystarczy zaświadczenie i proszę bardzo, już biegnie uśmiechnięta pani pielęgniarka, w ręku dzierżąc ampułkę, za nią lekarz ze stetoskopem, zaraz zbada dziecko i powie: “pani Elu, możemy szczepić!”. 

Jest początek września. Trzymam w jednej ręce zaświadczenie, w drugiej telefon. Dzwonię do przychodni. Umawiam się na 26 września. Kiedy zjawiamy się w przychodni lekarz robi wielkie oczy i oznajmia, że właściwie to mamy zaległy bilans więc może go zrobić, ale szczepionki to ni chu… chu… . Najwcześniej w listopadzie, trzeba zadzwonić i się umówić, na razie nie ma jej nigdzie-przenigdzie, trzeba czekać. W listopadzie. A jest wrzesień. 

W połowie listopada dzwonię. Każą zadzwonić za dwa tygodnie. Na początku grudnia dzwonię. Może pod koniec roku będzie szczepionka. Dzwonię na początku stycznia, nie ma szczepionki, ale terminy są na koniec miesiąca to możemy się umówić i LICZYĆ NA TO, że już będzie. Pod koniec stycznia JUŻ jest szczepionka. Sukces. Niestety moje dziecko zaczęło chodzić do żłobka w październiku i zgodnie z przewidywaniami popadło w permanentny katar i kaszel, dlatego niestety musimy odwołać szczepienie. Przekładamy na 20 lutego, czwartek. W międzyczasie od stycznia panuje w naszym żłobku epidemia ospy. Koronawirus to to nie jest, ale już sporo dzieci się zaraziło. Na szczęście w końcu jesteśmy w okresie bez kataru, kaszlu, infekcji, Szymek zdrów jak ryba, idziemy na szczepienie i już nie będziemy się martwić ospą, w końcu. Środa rano, jestem w pracy, na wyświetlaczu telefonu miga “żłobek”. Odbieram – podejrzenie ospy, proszę zabrać dziecko i skonsultować z lekarzem. Ciągle mam nadzieję, że to tylko jakieś kropki, może alergia, może coś innego. Idziemy do lekarza – potwierdza ospę. 

Co ja sobie myślę w takiej chwili?

Myślę: NOSZ K*RWA MAĆ!!! Przecież chciałam go zaszczepić, przecież od pół roku wydzwaniam jak popieprzona do przychodni, sprawdzam w sanepidzie czy to już, czy może w końcu w tym kraju, w XXI wieku, pojawi się szczepionka na ospę! Wynaleziona pod koniec XVIII wieku! To jest ponad 200 lat, na litość boską! A my nie możemy zapewnić odpowiedniej ilości szczepionek dla ludzi, którzy chcieliby z nich skorzystać w 2020 roku! Jak szybko się pojawiły tak szybko już ich nie było, wszyscy czekający od pół roku rodzice wykupili co się dało, przecież to są jakieś jaja. 

I może nie byłabym tak wściekła gdyby Szymek przechodził tę zasraną ospę łagodnie. Ale kiedy patrzę jak się męczy, jak płacze, jak nie może spać w nocy, nie może jeść, każdy centymetr jego małego ciałka pokrywają bąble, to mam ochotę krzyczeć, kopać i drapać wszystkich odpowiedzialnych za niedostępność szczepionki na ospę w tym kraju. Możecie się nie zgadzać, mam to w czterech literach. Jestem wściekłą matką i kropka. Czekać pół roku na coś, co zostało wynalezione 200 lat temu to jest, k*rwa, skandal.

16 Replies to “Bez kija nie podchodź czyli jak chciałam zaszczepić dziecko na ospę”

  1. Mój dwulatek nie chodzi do żłobka ale u starszych braci w szkole i przedszkolu ospa. Starszaki zaszczepione, oczywiście za kasę, bo darmowe to wiesz sama… Ale dwulatka nawet za kasę nie mogę zaszczepić, bo albo jest chory, albo nie ma szczepionek…

    1. Dokładnie… Jak już doczekasz tego magicznego momentu kiedy nie jest chory to szczepionki nie ma.

  2. Współczuję, ale może dzięki temu nie będą go inne wirusy się czepiały. Mój młodszy po przechorowaniu ospy podobnie jak u ciebie, raptem przestał łapać jakiekolwiek wirusy, nie wiem dlaczego…Nie chorował w ogóle na nic??

    1. O rany, taki pozytywny komentarz był mi potrzebny! Może u nas też tak będzie. Dzięki! 🙂

    1. To raczej wina Ministerstwa Zdrowia, NFZ nie zamawia szczepionek. My byśmy ją mieli za darmo, tylko problem w tym, że fizycznie nie było jej nigdzie w całym kraju.

  3. niestety toprawda w Polsce brakuje wielu szczepionek i nawet nie mamy o tym pojęcia dopóki nas to osobiście nie zainteresuje. W zeszłym miesiącu kolega jechał do Czech po szczepionke i ją sam przewoził musząc oczywiście zachowac odp temperature. Nie jest dobrze. Naprawde

  4. Na szczęście nie mieliśmy tego problemu, ale jedno jest racja. NFZ w PL to jakaś instytucja z kosmosu. Byłam świadkiem jak Pani zadzwoniła do przychodni, żeby umówić się na zwykłe szczepienie, a pielęgniarka jej na to, że szczepionki się skończyły i jak chce to musi przyjechać do pani doktor po receptę i sobie sama wykupic, a to jest pikuś w sumie. Od urodzenia jesteśmy z córką pod kontrolą kardiologa w Zabrzu, przez to, że córka leżała u nich w szpitalu to ma pierwszeństwo wizyty, a jak ktoś przychodzi ze skierowaniem z ulicy to umawiają na przyszły rok 😶😶😶 i za co my płacimy 😐

    1. Najgorzej jak się chce wykupić i nie ma jak, bo szczepionki nigdzie nie ma. Co do NFZ to podobną sytuację mieliśmy też z usg bioderek po urodzeniu – niby obowiązkowe, ale dla dzieci urodzonych w drugiej połowie roku nierealne żeby się dostać za darmo, więc musieliśmy płacić. No comment.

  5. A ja doskonale rozumiem to oburzenie i łzy. Może to nie jest najstraszniejsza choroba świata, ale męcząca, zwłaszcza dla takiego maluszka. Ja nie mogłam przeżyć kataru i kaszlu u miesięcznego dziecka. A to była infekcja oceniona w skali od 0 do 10 na 2. Niestety brak szczepionek to jedna z wielu absurdalnych sytuacji, jakie spotykają nas w szpitalach, przychodniach, klinikach, wszędzie, gdzie mamy publiczną służbę zdrowia i kochany NFZ. Ręce opadają 🙁 ile się nerwów na to straci. W Częstochowie jest jedno miejsce, gdzie można umówić się z dzieckiem do neurologa na NFZ. W listopadzie już nie było miejsc na cały kolejny rok. Jak nie masz pieniędzy, to się nie wyleczysz, na państwo nie ma co liczyć. Uściski dla małego Szymka, dużo zdrówka i sił dla niego oraz uściski dla Ciebie, przetrwacie to <3

    1. Dziękujemy! Wiem, że damy radę, ale łatwo nie jest, a mogłoby być zdecydowanie lżej. A szczepionki nie było w ogóle, nawet gdyby się chciało kupić za niemałe pieniądze, jej po prostu fizycznie przez pół roku nie było nigdzie. Szkoda gadać 😐

    2. Ta bezradność jest najgorsza. Robisz wszystko co w Twojej mocy, a to na nic. Jak tu nie mieć porządnego wkurwa?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *