Strach ma tylko wielkie… rzęsy?

Umawiam się do kosmetyczki. Na rzęsy. Odkąd przy okazji infekcji oka w styczniu musiałam się ich pozbyć, jakoś nie było okazji by zrobić je ponownie. Pomijając fakt, że przy dziecku takie fanaberie to sobie można wsadzić. W pewną część ciała. 

Ale trudno, już tyle minęło czasu, okazja jest idealna, bo zbliżający się wyjazd, więc czemu z niej nie skorzystać? Kto by się malował codziennie na wakacjach, palmy czekają, morze szumi i co, jeszcze mam stać przed lusterkiem? A potem wejdę do wody i wszystko się zmyje? No nie. Nie, nie, nie. 

Podświadomie jednak czuję, że te wakacje to tylko pretekst. Bo po wakacjach umówię się na uzupełnienie. I to już będzie uzupełnienie ostateczne. Ostatnia poprawka przed… powrotem do pracy. Chociaż wiem, że to tylko zewnętrzna warstwa, że ona się średnio raczej liczy. I chyba boję się powiedzieć na głos, że zagłuszam tym zewnętrzem to, co dzieje się w środku. Te wszystkie rzęsy, brwi, paznokcie, maseczki-sreczki. Bo co – wejdę do biura, cała na biało, świat się zatrzyma i wszyscy z zapartym tchem będą śledzić każdy mój pewnie postawiony krok? Bo przyjdę ja, młoda mama, z radością wracająca do świata dorosłych, którzy bababa i dadada mówią tylko w sobotę późnym wieczorem, kiedy w butelce widać dno?

Symbol powrotu do pracy? Do ludzi? Do… życia?

Ale halo, ja zmieniłam zdanie, ja już chyba nie chcę wracać! Da się to zmienić jeszcze, orientuje się ktoś? Chce mi ktoś płacić za siedzenie w domu? Okrzepłam w tym naszym życiu we dwójkę, w nocnych pobudkach, wczesnych porankach, spacerach, wspólnych posiłkach, zabawach, drzemkach, uśmiechach i kukurydzianych chrupkach. Rok temu prawie śmiałam się kadrowej w twarz kiedy mówiła “Natalia, dobrze Ci radzę, weź urlop od razu na rok, bo już nie raz dziewczyny myślały, że wrócą najszybciej jak się da, a potem płakały nad wypłatą 60% pensji. Bo się okazywało, że nie potrafią zostawić półrocznego dziecka”.

6 miesięcy to mało?

Półroczne dziecko. Wtedy kompletnie nic mi to nie mówiło. Nie miałam pojęcia, że pół roku małego człowieka to początek wspaniałej przygody z rozszerzaniem diety. Że to obserwowanie jak dziecko zaczyna siadać, pełzać, raczkować, potem wstawać, chodzić. Słuchanie niezmiernie elokwentnych i coraz dłuższych wypowiedzi typu “babamamama”. Ocieranie łzy wzruszenia przy pierwszym zrobionym “papa” i “brawo”. Moment, w którym dziecko samo się do Ciebie przytuli. Pierwsze wizyty na placu zabaw, piski radości na widok huśtawki i wpierdzielanie piasku po kryjomu. Codziennie coś nowego. W swojej naiwności nie miałam pojęcia co mogę stracić.  

A teraz stroję się w te kolorowe piórka, udaję biznes-qwa-łomen i szukam wsparcia w grupach dla osób cierpiących na schizofrenię. Wracam do społeczeństwa! ALE ZOSTAWIASZ DZIECKO W ŻŁOBKU, PAŁO. Muszę sobie kupić nowe buty. I torebkę. PO CH*J CI TOREBKA JAK DZIECKO BĘDZIE BEZ MATKI. To przecież tylko kilka godzin, na pewno sobie poradzi. DLA NIEGO TO JEST AŻ KILKA GODZIN. Przecież muszę zarabiać. A DZIECKO MUSI MIEĆ MATKĘ. Nie mogę całego życia spędzić w domu. NO PEWNIE, KRETYNKO, NA MALEDIWY SE LEĆ OD RAZU.

Cieszysz się. Płaczesz. Chcesz już do ludzi, ale ryczysz. Skaczesz z radości. Rwiesz włosy z głowy. Oglądasz w internetach ubrania i kosmetyki, po czym jak Zgredek chcesz się za to ukarać. Wiesz, że to głupie, ale chce Ci się wyć. Taka z Ciebie matka.

Ale wiesz, że dasz radę. Bo zawsze dajesz. Strach ma tylko wielkie oczy. I piękne rzęsy.


Just do it!

Znacie tę frustrację, kiedy bardzo chcecie coś zrobić, ale wiecie, że nic z tego? Pewnie tak. Za to w dzieciach jest ten cudowny element niewiedzy, że czegoś się nie da. I próbują. Do skutku. Aż w końcu okazuje się, że się da, że można! My byśmy pewnie siedzieli, zamartwiali się po nocach, robili biznesplany, określali dedlajny, zajeżdżali Excela tabelkami z celami SMART. Po czym patrząc w kalendarz uznalibyśmy, że no kurde, w tym tygodniu to nie ma szans, może w przyszłym, zobaczymy. 

Dziecko takich rzeczy nie wie. Nie analizuje. Nie dzieli włosa na czworo. Chrzani te wszystkie cele-srele. Jednym słowem – nie wydziwia. Marzysz o czymś? Just do it!

Czytaj dalej Just do it!

Kto pyta nie błądzi?

forest trees marked with question marks

Ciepłe popołudnie, bez upałów, umiarkowane słońce, kilka chmurek, lekki wiaterek. Na spacer w sam raz. Idzie więc młoda mama, w wózku radosny bobas. Nagle na ich drodze pojawia się… sąsiadka. Albo sąsiad. Albo dawno niewidziana znajoma, ciocia mieszkająca ulicę dalej, wychowawczyni z czasów podstawówki czy ktokolwiek inny. Młoda mama już wie, że na zwykłym dzień dobry na pewno się nie skończy. 

Czytaj dalej Kto pyta nie błądzi?

Efekt motyla czyli otwieraj nieznajomemu

Przeciętny dzień z kilkumiesięcznym szogunem, chcącym spenetrować każdy kawałek przestrzeni, nieważne w jakiej płaszczyźnie. Latasz z wywalonym jęzorem ratując go od popełnienia przypadkowego samobójstwa, w międzyczasie lecisz też na szmacie, bo przecież proces jedzenia dowolnego posiłku kończy się ciapami na podłodze a’la późny Picasso. Starasz się też upić chociaż łyk kawy czyli najcenniejszego napoju w życiu matki. Spieszysz się póki jeszcze jest ciepła.

W takiej sytuacji zastaje Cię dźwięk domofonu. W myślach przeszukujesz wszelkie zakupy internetowe z ostatniego czasu. Szybko dochodzisz do wniosku, że na nic ważnego nie czekasz. A skoro już i tak wystarczająco brakuje Ci rąk i chętnie zamieniłabyś się w Filipa z Pszczółki Mai, postanawiasz najzwyczajniej w świecie olać dzwoniącego. Może to tylko ulotki. Albo pomyłka.

Czytaj dalej Efekt motyla czyli otwieraj nieznajomemu

Pospaceruj ze mną, czyli co robię na spacerze oprócz kilometrów?

Z cyklu: uczyń sobie macierzyństwo fajniejszym 🙂

Spacery z wózkiem stanowią jeden z tych obrazków macierzyństwa, który wydaje nam się taki naprawdę super. Odwalona mama, wiatr we włosach, szpileczka, dziecko słodko drzemie, żyć nie umierać. Osiedlowa rewia mody i przegląd ploteczek w jednym? Niekoniecznie i na pewno nie zawsze. Bywa, że spacer to konieczność wyższa (a wiadomo, że jak coś MUSISZ to od razu mniej Ci się chce), bo a. dziecko inaczej nie zaśnie, b. musisz coś załatwić, a niemowlaka samego w domu nie zostawisz, c. uciekasz przed morderczym sąsiadem z wiertarką itp., itd. Jeśli aura sprzyja, a chwilę wcześniej sprzyjał Ci humor Twego potomka (na tyle co by zdążyć oko pociągnąć i przejechać szczotką po włosach), może to być bardzo fajnie spędzone kilkadziesiąt minut. Gorzej jeśli akurat nie sprzyja nic, a wyjść i tak trzeba. Można zacząć litanię marudzenia i przez cały spacer mruczeć ją pod nosem. Proszę bardzo. Ale że złość piękności szkodzi, proponuję po prostu pogodzić się z losem i sprawić sobie trochę przyjemności.

Czytaj dalej Pospaceruj ze mną, czyli co robię na spacerze oprócz kilometrów?

Siła jest Kobietą!

Dziś na pewno nie będę oryginalna i nawet nie zamierzam. Będę nudna, oczywista i pospolita. Można ziewać i podpierać głowę ręką, przesunąć szybko tekst w dół myśląc, że to już przecież było, po czym nacisnąć krzyżyk i zająć się czymś innym. Proszę bardzo. Ale za żadne skarby świata nie można zapomnieć, że mama = kobieta.

W samolocie podstawowa zasada bezpieczeństwa, której nie należy lekceważyć, jest następująca: maskę z tlenem zakładasz najpierw sobie, a dopiero potem dziecku. Dziwne? Egoistyczne? Wręcz przeciwnie. Jeśli rodzic nie zdąży pomóc sobie, nie będzie mógł zająć się dzieckiem i nieszczęście gotowe.

Dziewczyny! Kobiety, dziewuchy, babki, koleżanki, matki i ciotki! Zadanie na dziś – wgrać tę zasadę na dysk twardy, zabezpieczyć przed usunięciem, wprowadzić w życie.

Czytaj dalej Siła jest Kobietą!