Ciążowe ograniczenia bez ograniczeń

Dowiadujesz się, że jesteś w ciąży i zastanawiasz się co możesz, a czego nie. Myślisz sobie – matko moja kochana, ja muszę teraz o siebie dbać, co mam zrobić, czy ja mogę pić kawę? Jeść sushi? Tatara? Biegać? Grać na klarnecie? A co z wysiłkiem fizycznym? Kto wie o co kaman i co zrobić żeby nie zwariować, HELP!

Nad jedną rzeczą nie musisz się jednak głowić i jest jasna jak słońce…

– nie palisz i nie pijesz. Koniec kropka. Alkohol odstawiasz na długie miesiące czy Ci się to podoba czy nie. I nieważne, że akurat jest zima, piździ i gwiździ, a grzane winko pomogłoby bardziej niż gruby, cieplutki koc. Nieważne też, że zaraz po zimie następuje wiosna stulecia, z temperaturami takimi, że oczy same zachodzą łzami na widok schłodzonego piwka albo drinka z palemką. Mało istotne też, że dostałaś niedawno butelkę malibu, którego nawet nie zdążyłaś otworzyć i długo nie otworzysz. A z podróży poślubnej przywieźliście z mężem świeżo upieczonym karaibski rum, który czekał na specjalną okazję i będzie musiał jeszcze poczekać. Musisz zapomnieć o wszystkich winach-prezentach ślubnych, które niby im starsze tym lepsze, ale nie masz nic przeciwko wypiciu ich jako całkiem młodych. Zupełnie nieważne też, że na przeglądzie orkiestr dętych otrzymujesz kupon pt. “napój” i wiesz, że w tym roku pod tym hasłem nie skrywa się zimne piwo. I już w ogóle żadnego znaczenia nie ma nowy, limitowany, ARBUZOWY smak Sommersby.

Skoro już tak nie pijesz alkoholu (a czujesz się przez pierwsze miesiące i tak jak na kacu, także wszystko w normie), pozostaje Ci odkrywanie uroków wychodzenia na miasto z hasłem przewodnim “open your mind”. Podczas pierwszego z takich wyjść zauważasz dziwną rzecz. Siedzicie, siedzicie, gadacie, oni piją. Ty sobie wmawiasz, że ambrozją Twojego życia stała się lemoniada cytrynowa i właściwie z tym lodem i miętą to prawie jak drink. Siedzicie dalej, trzecia lemoniada wchodzi jak złoto, śmichy-chichy, po jakimś czasie patrzysz na zegarek i… doznajesz szoku. Jak to? Jest już TA godzina? Jakim cudem nie zauważyłaś, że minęło kilka dobrych godzin, już tramwaje dzienne grzeją się w zajezdniach, a Ty dalej siedzisz w knajpie.

Ano takim oto cudem, że wyznacznik czasu pt. ilość wypitego alkoholu, po prostu sobie wyparował. Mimo że do tej pory nie miałaś o jego istnieniu najmniejszego pojęcia. A tu proszę. Z każdą wypitą jednostką alkoholu świat stawał się inny. Lepszy, gorszy – zależy od dnia i okazji. Język był coraz bardziej giętki i chętniej wyrażał to, co pomyślała głowa. A bariery językowe przestawały istnieć, ahoj przygodo, I don’t care! Poza tym co jakiś czas pojawiało się odwieczne pytanie – to co, jeszcze po jednym? I tu trzeba było skontrolować godzinę, zastanowić się choćby przez ułamek sekundy czy to aby nie będzie już o jeden krok za daleko?  Czy zdążymy na tramwaj, bo o tej porze następny za godzinę? Czy ten kolejny drink albo niewinne piwko nie zniszczy bezpowrotnie następnego dnia?

Przy lemoniadzie takich dylematów nie ma. Nie robisz się bardziej ospała i zmęczona z każdą wypitą szklanką, głowa nie kiwa się niebezpiecznie na boki i do przodu. Wręcz przeciwnie – im więcej lemoniady, tym lepiej. Szczególnie jeśli do tej pory za wodą raczej się nie przepadało, a wyniki ostatnich badań (które masz wrażenie, że robisz teraz co chwilę) są bezlitosne i chcesz czy nie – jeśli zależy Ci na tym małym stworzeniu w Twoim brzuchu, będziesz wlewać w siebie każdą jej ilość. Przestaje też mieć znaczenie godzina powrotu do domu. Najwyżej się nie wyśpisz, kaca i tak nie doświadczysz ergo możesz spokojnie siedzieć nawet do rana. Zresztą już niedługo doświadczysz stanu permanentnego niewyspania także może nawet lepiej przyzwyczaić się zawczasu.

I gdy tak siedzisz do późnych godzin nocnych nad którąś z kolei szklanką lemoniady, myślisz sobie, że ten człowiek, którego widzisz na razie tylko na zdjęciach a’la popsuty telewizor, chyba nieźle namiesza w Twoim życiu skoro już teraz tyle zmienił. Ale ciii, na razie korzystasz z tego, że dobrze się czujesz i możesz bez skrupułów krzyknąć: “barman! jeszcze raz to samo!

10 Replies to “Ciążowe ograniczenia bez ograniczeń”

  1. W ciąży jadłam wszystko! W szpitalu jak leżałam 3 miesiące teściowa przynosiła mi co kilka dni słoik fasolowej 😀 Pielęgniarki mnie podziwiały za tą fasolową 😀

  2. W ciąży jadłam wszystko oprócz serów pleśniowych i surowych rzeczy. Pomijając oczywiście rzeczy, które przez pierwsze miesiące wywołały moje mdłości. 😁

  3. Jestem na etapie googlowania wszystkiego przed zjedzeniem. Czy w ciąży można jeść ser feta? Ser pleśniowy? Jajecznicę? Lista pytań do ginekologa się wydłuża i już widzę minę lekarza, kiedy wyciągnę kolejną kartkę z super ważnymi zagadnieniami do omówienia. Dobrze się czyta Twój blog, a jeszcze lepiej, kiedy można odnaleźć w nim swoje własne perypetie! 🙂 Teraz spodziewam się kalafiora zamiast mózgu, chociaż już powoli zauważam tę zmianę. Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy i pozdrawiam Was ciepło!

    1. Ja w ciąży nie jadłam tylko surowych rzeczy np. sushi, serów dojrzewających, jajka na miękko (niektóre źródła twierdzą, że można, ale ja się bałam :P). Życzę jak najmniej kalafiora w najbliższym czasie i dziękuję za ciepłe słowa! 🙂

  4. Fajnie napisane tak z humorem 😀
    Niemniej jednak liczyłam na więcej ograniczeń bez ograniczeń, ale trzymaj tak dalej!

  5. Sommersby arbuzowy ostatnio widziałam, więc jest nadzieja, że jak skończysz karmić to nadal będzie 😅

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *