Eluwina! Czyli czy ja się dogadam z własnym dzieckiem?

Wczytałam się ostatnio z nieskrywanym zdziwieniem w wyniki tegorocznego konkursu na Młodzieżowe Słowo Roku. Początkowo wydawało mi się, że czytam w języku zielonych ludków z czułkami na głowie. Albo w jakimś, nie wiem, ugrofińskim czy coś w ten deseń.

Okazało się jednak, że to polskie słowa. Polskie, aha. Czyli powinnam rozumieć, tak z grubsza chociaż, a jednak coś mi tu nie grało. Wygrała “alternatywka” – pomyślałam sobie, że chyba spoko całkiem, rozumiem nawet, to taka mała alternatywa przecież. Okazało się, że nie, że mój stary mózg tego nie ogarnia niestety. Nie wiedziałam też, że chętnie zostałabym “jesieniarą” (miejsce 2.), gdybym tylko miała ku temu warunki, czytaj brak biegającego dziecka skutecznie burzącego spokój jesieni. Nigdy w życiu nie wpadłabym też na to, żeby witając się z kimś zakrzyknąć radośnie “eluwina!”. I tak oto dowiedziałam się, że ze mnie to jest po prostu “boomer”. 

Czy to są k*rwa jakieś jaja?

Niech ktoś zatrzyma ten pędzący pociąg, ludzie! Weźcie wywalcie to pendolino, wróćmy do parowozów, bo się zajedziemy, omatkobosko, gdzie to to tak gna? Ja się dopiero otrząsnęłam z zeszłorocznego “dzbana”, a tu już takie cuda się pojawiają. 

Siedziałam cały wieczór i zastanawiałam się nad jedną rzeczą. Czy ja się dogadam kiedyś z moim dzieckiem, jak już będzie nastolatkiem i przyniesie z podwórka taką nowomowę? I tak sobie od niechcenia sypnie jakąś eluwiną? Czy zrozumiem co on do mnie mówi czy będę  raczej robić “siarę” przy “ziomach”? (siara i ziomy to mi się wydawały takie nowoczesne słowa jeszcze niedawno, chyba się już trochę zdezaktualizowały jak się okazuje). Może powstanie słownik Googla i będziemy sobie rozmawiać przez translator? Z młodzieżowego na polski i odwrotnie?

Czy ja ogarnę te wszystkie nowinki techniczne, nadążę za szalonymi pomysłami ludzi z Apple’a i innych Microsoftów i Samsungów? Czy nie wywołam kpiących uśmieszków, jak ostatnio jeden znajomy starszy pan, który zapytał mnie “proszę panią, proszę mi powiedzieć co ludzie robią w tych smartfonach, bo ja mam smartfon, ale ja w nim nic nie robię, przecież tam nic nie ma?”. Nic nie ma w smartfonie, trzymajcie mnie. 

A potem wróciłam do domu, przeczytałam te wyniki, te wszystkie pokręcone słowa i pomyślałam sobie, że nie. Że o nie, nie, nie. Ja nie będę takim starym ramolem, żeby nie wiedzieć co dziecko moje robi w swoim smartfonie tysiąc piątej generacji i jak się uruchamia jego deskolotkę do spółki z dopalaczem niewidzialności. Czekam na kursy techniki dla rodziców nastolatków i się zapiszę jak tylko Szymek skończy 11 lat. Albo nie, jak moja chrześnica skończy 11 lat, ona jest starsza od Szymka to już nabiorę doświadczenia. Bo przecież jak ciotka przyjedzie i nie ogarnie to też będzie… no właśnie, co? Siara? Przypał? Jak się teraz mówi, wie ktoś? 

A jeśli trzeba będzie to ja osobiście zorganizuję takie warsztaty dla osób po 30. Nie ma co się ociągać i czekać na jakiś tam trzeci wiek. To tak się szybko dzieje, że naprawdę można dostać zadyszki. Będę się dokształcać u młodych i uczyć tego potem młodzież drugiej świeżości czyli osoby 30+. Może to jakiś pomysł na biznes, kto wie. 

2 Replies to “Eluwina! Czyli czy ja się dogadam z własnym dzieckiem?”

  1. Zapisuję się już na te warsztaty, bo potem nie będzie dla mnie miejsc. I zostanę dzbanem po wsze czasy! Ja też jeszcze operuję słowami z tamtego roku i nadal mnie bawi tekst 2/10 (czytaj: dwa na dziesięć). Nie wiem, kiedy to zleciało. Dotarło do mnie, że będę taką starą ciotką klotką, której wszystko trzeba tłumaczyć i która myśli, że „żarty z uczniowskiego zeszytu” to najlepsza anegdotka przy stole EVER. Boże uchowaj…

    1. Ever to już też pewnie staroć, a ja kiedy to mówię czuję się taka nowoczesna 😂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *