Jak to ugryźć czyli rozszerzanie diety (cz. 1)

Przychodzi taki moment kiedy na jedno z tych fascynujących pytań macierzyństwa (“je już coś innego?) można odpowiedzieć twierdząco. 

Do rozszerzania diety można podejść różnie. Na chłodno, traktując to jako marchewkowy etap przejściowy między mlekiem a “wszystkim innym”. Można w panice zastanawiać się skąd brać eko-sreko-bio produkty i czy ta kura na pewno była szczęśliwa za życia. A można uzbroić się w wiedzę, tak żeby na początku wyłączyć element paniki i po prostu zacząć działać. 

Na Instagramie zdarza mi się wrzucać migawki z naszego życia przy stole. Między innymi dlatego, że ciężko uchwycić Szymka w jakimkolwiek innym momencie dnia, jeśli chce się zachować minimalną chociaż ostrość zdjęcia (kto nie czytał o ćwiczeniach a’la Chodakowska koniecznie musi kliknąć TUTAJ). Dostaję potem sporo wiadomości dotyczących rozszerzania diety. Jak on ładnie je! A nie boisz się tych kawałków? Skąd bierzesz pomysły? Jak Ci się chce tak gotować?

Pomyślałam sobie, że zbiorę nasze doświadczenia początków rozszerzania diety, którego – przyznaję bez bicia – trochę się bałam, ale z czasem zaczęłam się tym po prostu jarać! Teksty będą przynajmniej dwa, dziś część pierwsza, czyli początki początków 🙂

JAK ZACZĄĆ?

Można działać zgodnie z intuicją i twierdzić, że matka wie najlepiej co jest dobre dla jej dziecka. Ja tam jednak średnio tej swojej intuicji wierzę, a jeśli już to na pewno nie na tyle żeby powierzać jej zdrowie swojego dziecka, przynajmniej na początku rozszerzania diety. Dlatego ramię w ramię z mężem mym zaczęliśmy od lektury. Zaopatrzyliśmy się w książki, e-booki, korzystaliśmy też z wiedzy blogujących mam, które z pasją przekazują najnowszą wiedzę dotyczącą żywienia niemowląt – Dominiki Wojsz (lekarz rodzinny), Zuzy Anteckiej (dietetyk), Małgorzaty Jackowskiej (dietetyk). Zapoznaliśmy się z zaleceniami WHO i PTHiZD*, dzięki czemu wiedzieliśmy, że nie ma co się spieszyć i najlepiej poczekać aż maluch skończy 6 miesięcy. Dzięki temu nie czuliśmy presji, że już 4 miesiące to może dajcie mu już jakąś marchewkę, bo “ten mój to już jadł”.  Ja wiem, że zaraz ktoś napisze, że rozszerzał od 4 miesiąca, dziecko żyje i ma się dobrze. Nie jestem dietetykiem, więc nie będę się wymądrzać, podrzucam tylko link do świetnego artykułu „Czym się różni 4 od 6?„, Małgorzaty Jackowskiej.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że już nic innego nie robię tylko czytam o rozszerzaniu diety. Ale nie ma tego złego – poczytałam, poczytałam i wzięłam z każdego tortu po kawałku. Wyszedł z tego mój własny tort, który teraz razem z Szymkiem zjadamy 🙂

Kawałek nr 1 – “Rozszerzanie diety to nie religia”, jak mówi Mama Lekarz

Wybór pomiędzy tradycyjnym karmieniem łyżeczką, podawaniem papek i stopniowym przechodzeniem do kawałków a BLW czyli metodą Bobas Lubi Wybór (z ang. Baby-lead weaning) polegającą m.in. na wprowadzaniu kawałków od samego początku. Ile razy temat pojawi się gdzieś w internecie, tyle razy dochodzi do kłótni zwolenniczek jednej strony z zapalonymi wyznawczyniami drugiej. A przecież rozszerzanie diety nie jest religią! Nie musisz go brać z dobrodziejstwem inwentarza i wierzyć wyłącznie w papki albo wyłącznie w BLW. Możesz obie metody łączyć i tu już zdać się na intuicję, oczywiście uprzednio czytając jakie warunki dziecko powinno spełniać żeby móc je karmić metodą BLW. Tak czy inaczej – zwolenniczki obu sposobów karmienia łączcie się! Bez kłótni i marudzenia mi tu, o!

Kawałek nr 2 – Dietę rozszerzamy po to, żeby nauczyć dziecko jeść i zaprosić je do wspólnego stołu, a nie po to, żeby się od razu najadało

Jeżeli miałabym w panice zastanawiać się czy pół słoiczka to aby nie za mało i czy kawałeczkiem bananka to mój bombelek** się naje czy nie, osiwiałabym w ciągu tygodnia. Na razie się nie naje i nie liczmy na to. Póki co to jest poznawanie smaków, faktur, zapachów. Co zje to jego, podstawą jest mleko. Z czasem dziecko powinno samo “zaskoczyć” i zjadać coraz więcej stałych posiłków, a coraz mniej mleka, ale na początku to i dwie łyżeczki są dobre, zero paniki 🙂

Kawałek nr 3 – Każdy rozpaćkany kęs, jedzenie lądujące na ziemi, we włosach i na ubraniu – to także nauka jedzenia

I to zdecydowanie przynosi spokój ducha. Za każdym razem kiedy patrzę na upaćkaną podłogę albo kiedy widzę, że moje dziecko zamiast jeść woli patrzeć z jaką prędkością spada i jak głośne “plask” wydaje kawałek jedzenia, myślę sobie – dobra, dobra, niech się uczy. Ostatecznie ubranie się wypierze, nawet jeśli zostaną plamy to cóż, zdarza się, będzie to od tej pory ubranie z historią. Co nie znaczy, że zawsze jestem oazą spokoju i przy trzeciej wywalonej na podłogę łyżeczce albo rozlanej wodzie nie zdarza mi się mruknąć pod nosem czegoś, czego wolałabym raczej nie mruczeć. Tak czy inaczej, dużo łatwiej się na to wszystko patrzy wiedząc, że jest to po coś.

No, to tak słowem wstępu, choć nieco przydługiego 🙂 Niedługo więcej konkretów, obiecuję. W międzyczasie kto może zerka na mój Instagram, na story wrzucam czasem coś dobrego 🙂 I piszcie o swoich doświadczeniach z rozszerzaniem diety. Bardzo chętnie poczytam!

girl eating cereal in white ceramic bowl on table


*wiem, że się tak nie pisze, ale dla mniej zorientowanych polecam czasem w ramach terapii śmiechem poczytać grupy na portalach społecznościowych, w których wypowiadają się “madki” posiadające “hore curki” i kochane “bombelki” 😀

** Polskie Towarzystwo Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci

8 Replies to “Jak to ugryźć czyli rozszerzanie diety (cz. 1)”

  1. Ja tam się nie znam, więc pewnie też bym wszystkie biblie przeczytała. Ostatecznie to nie może być takie trudne, nam pewnie rozszerzali dietę wg zaleceń babci z XIX wieku i wszyscy żyjemy 😀

    1. Pewnie tak, tylko pytanie czy na pewno wyszło nam to wszystkim na dobre – jeśli popatrzeć na problemy z cukrzycą,otyłość itp. to jednak warto się zastanowić czy nie lepiej korzystać z nowej wiedzy medycznej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *