Jestem chora. Tak na 30%, bo na więcej nie mam czasu.

Pamiętacie ten czas, kiedy w przedszkolu albo podstawówce okazywało się, że jesteście chorzy? Mama przychodziła po Was, a pani przedszkolanka konspiracyjnym szeptem oznajmiała, że “chyba ją coś bierze, niech ją pani obserwuje”. Kaszel, katar, gorączka, gardło boli, wiadomo – nic przyjemnego, ale niech pierwszy rzuci gripexem, kto z miejsca nie dostrzegał w tym pozytywnych stron. Po pierwsze zostawaliśmy w domu, pod ciepłą kołderką, nie musieliśmy rano wstawać, leżeliśmy w piżamie cały dzień i byliśmy królami i królowymi życia, mimo marnego samopoczucia. Marnego przez jakiś dzień lub dwa, umówmy się, tak źle przez cały czas nie było. Mogliśmy sobie wymyślać co zjemy, bo przy słabym apetycie mama była gotowa stanąć na rzęsach żebyśmy cokolwiek zjedli. Naleśniki, ryż z jabłkami, racuchy, kluski na parze, hulaj dusza. Nikt nie miał też sumienia ograniczać nam oglądania bajek, bo gdzież by przecież takiej bidulce. Swoją drogą za wiele tych bajek i tak się nie naoglądaliśmy, wtedy jeszcze nie leciały ciurkiem przez cały dzień na dwustu czterdziestu kanałach dla dzieci. Przede wszystkim jednak zyskiwaliśmy uwagę, którą darzyli nas wszyscy członkowie rodziny, litując się nad nami i współczując tej paskudnej anginy czy tam zapalenia oskrzeli.  

Kilkadziesiąt lat później

Minęło kilkadziesiąt (eee…. ile?!!) lat. Sezon jesienno-zimowy w pełni, wirusy radośnie hasają sobie to tu, to tam. Łapiemy jednego z nich, dziada podstępnego. No i zaczyna się standard, najpierw coś drapie w gardle, potem jakoś głowa zaczyna pobolewać, mięśnie, zimno nam i gorąco na zmianę, znajomy obrazek. I tak sobie idziemy wśród tych wirusów i myślimy, że jak tylko wrócimy do domu to herbatka z malinami i pod kołdrę. I serial. Albo książka. I nasze ulubione papucie, takie wiecie, co to człowieka poniosło po którymś grzanym winie w Zakopanem i postanowił, że musi ten krzyk mody koniecznie zakupić. 

No i kiedy tak sobie idziemy, idziemy, mamy już plan na to nasze chorowanie, nagle przypomina nam się jedna rzecz. Dość istotna.W sumie to nawet bardzo. Wręcz tak bardzo, że ooo bardzo, bardzo. 

Przypominamy sobie otóż, że mamy dziecko.

Przed oczami staje nam reklama jakiegoś super turbo leku na przeziębienie, w której zasmarkana mama oświadcza córce, że bierze dziś wolne. Córka w przebraniu wróżki jest w takim szoku, że różdżka bezwiednie wypada jej z ręki. Co ta matka? Jakie wolne?

Odwieczne prawo funkcjonowania wszechświata brzmi: im wyższa gorączka toczy Twoje ciało, tym więcej energii dziecko będzie miało. Godzisz się na wszystko, byle tylko na chwilę zmrużyć oko albo po prostu się nie ruszać, chociaż przez pięć minut. Żeby tak tylko Ty i kocyk, przez krótki momencik, dziesięć sekund, dwa łyki herbaty zaledwie. Ale trudno, myślisz, może się zajmie. Może się zainteresuje i dopijesz te drogocenne łyki. Włączasz bajki, durne, wrzaskliwe, zbyt kolorowe, ale nie masz siły wybierać, szukać. Trudno, to już najcięższe działa, idziesz na całość, wszystko dla chwili sam na sam z gorączką i bólem gardła. Dziecko wybiera bramkę numer dwa. A tam – zonk. Bajka okazuje się być do niczego. Po trzech sekundach potomek dostaje podwójnego doładowania i dawaj! wstawaj, matka, będziemy się bawić! 

Cóż, nie jest łatwo być mamą kiedy samemu się potrzebuje mamy. Głaskania po głowie, obchodzenia się jak z jajkiem, bajek, kakałka i naleśników z serem. Już nie ma tak dobrze. Chorujesz – sorry, choruj sobie tak wewnętrznie, w sobie, ale nie obnoś się ze swoim nieszczęściem, bo ono nie umie budować wieży z klocków, wkładać figurek do sortera i prowadzić za rękę po placu zabaw. 

Just magic!

W ciągu ostatnich dwóch lat dowiedziałam się, że można mieć kaca giganta przez miesiąc i nauczyć się z nim żyć (dokładnie tutaj o tym pisałam). Okazało się też, że nie ma takiego deficytu snu (o tym to tutaj), którego matka by nie przeskoczyła. A teraz okazuje się też, że można być chorym i jednocześnie nie być. Taka magia.

14 Replies to “Jestem chora. Tak na 30%, bo na więcej nie mam czasu.”

  1. Ironia losu. Jako dziecko wykorzystuje się to, że jest się chorym, a będąc dorosłym udaje się zdrowego. Z wiekiem pojawia się więcej obowiązków z których nie można zrezygnować albo zaniedbać przez chorobę

  2. O tak, pamiętam te dni kiedy mamusia zapewniała przy przeziębieniu dosłownie wszystko czego dusza zapragnęła i jak mi było wtedy dobrze… Rzeczywiście lubiłam to nawet haha Pomijam zostawanie samej w domu 🙂 jako dodatkowy bonus xd
    A teraz to od 7 lat nie ma litości nad mamą, czyli nade mną 🙂 Musi mnie coś naprawdę powalić żebym choć 1 poleżała. No cóż, mamy nie biorą zwolnienia, oj nie xd taki lajf haha

    1. Inni dorośli w takiej sytuacji to skarb! Gorzej jak nikogo do pomocy akurat nie ma 🙈

  3. Też uwielbiałam chorować w dzieciństwie. Oprócz troski i dobrego jedzenia, o którym piszesz, mogłam bez ograniczeń czytać książki.

    1. Tak, ja też zawsze wysyłałam tatę do biblioteki i czytałam ile się dało 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *