Just do it!

Znacie tę frustrację, kiedy bardzo chcecie coś zrobić, ale wiecie, że nic z tego? Pewnie tak. Za to w dzieciach jest ten cudowny element niewiedzy, że czegoś się nie da. I próbują. Do skutku. Aż w końcu okazuje się, że się da, że można! My byśmy pewnie siedzieli, zamartwiali się po nocach, robili biznesplany, określali dedlajny, zajeżdżali Excela tabelkami z celami SMART. Po czym patrząc w kalendarz uznalibyśmy, że no kurde, w tym tygodniu to nie ma szans, może w przyszłym, zobaczymy. 

Dziecko takich rzeczy nie wie. Nie analizuje. Nie dzieli włosa na czworo. Chrzani te wszystkie cele-srele. Jednym słowem – nie wydziwia. Marzysz o czymś? Just do it!

I nie ma, że gleba zaliczona dziś już dwadzieścia pięć razy, a to dopiero południe. Wstajesz i lecisz dalej. Nawet się nie otrzepujesz, bo jeszcze nie umiesz, więc z brudnymi kolanami i rękami próbujesz po raz kolejny. Aż w końcu się udaje jeden raz, drugi, trzeci. Nabierasz wprawy, idzie Ci coraz lepiej. I proszę bardzo, po 3783293 upadkach nareszcie – możesz powiedzieć, że umiesz! 

To dotyczy wszystkiego, żeby nie było, że tylko o chodzenie chodzi (chodzi o chodzenie, tak, tak, matka, bardzo to po polsku, grunt to duży zasób słownictwa). Czy niemowlak ma jakiekolwiek podstawy do tego żeby sądzić, w ogóle gdzieś tam tym swoim małym rozumkiem przewidywać, że może się na przykład obrócić z pleców na brzuch? Przecież to przewraca jego życie o 180 stopni! To tak jakbyśmy nagle chcieli nauczyć się chodzić na rękach. Tylko że my się tego nie nauczymy, bo nam się cele SMART rozjadą i wyjdzie, że to nie ma sensu, no i przecież w tym tygodniu to już kalendarz zapchany.

A raczkowanie, wstawanie, chodzenie, jedzenie, mówienie? Dla nas to jak nauka od nowa czegoś zupełnie dotąd nieznanego! Jakichś kosmicznych rzeczy, szalenie trudnych, wymagających cierpliwości jak stąd do jutra. I wiadomo, ten ciągły strach, że się nie uda, że porażka czyha tuż za rogiem, że to tyle wysiłku, że marzenia to jednak mogą poczekać, ważniejsza praca, piniondz (wiadomo), że rodzina, że dziecko, że, że, że, że. 

Gdyby niemowlęta umiały mówić pewnie powiedziałyby: “Mamo, weź nie świruj. Chcesz się nauczyć chińskiego to się naucz, jaki problem? Chcesz iść na jogę to już, patrz, jutro zajęcia, idź i zobacz jak jest. Chcesz założyć własny biznes? Co tam mamroczesz pod nosem? Że to trudne? Mamo, plissss, ja tydzień temu nie umiałem chodzić, a teraz popierdzielam po całym domu, a co Tobie się wydaje, że co, że to nie było trudne? Mamo! Chcesz coś zrobić, to po prostu to zrób!”

Teraz uwaga, zaleci filozofią a’la Paulo Coehlo. Każda droga, nawet najdłuższa, zaczyna się od pierwszego kroku. Trzeba go postawić, sto razy się wywalić i dojdzie się do celu. Ja wiem, że fajnie się mówi, a jeszcze lepiej pisze i nie trzeba patrzeć w twarz zmęczonej matce, przekonując ją o zasadności zapisania się na kurs grafiki komputerowej czy innego projektowania wnętrz. Tylko zauważam, że kiedy się nie analizuje, a po prostu robi i dąży do czegoś, to prędzej czy później się do tego dojdzie. I ten element – brak dzielenia włosa na czworo –  jest podstawą dziecięcego życia, bez niego pewnie wszyscy byśmy się czołgali do tej pory. Czujecie? Przyczołgiwalibyśmy się na kawę do koleżanki, co wyrywniejsi raczkowaliby na obiad na mieście. Może nawet umieliby usiąść żeby nie jeść go na brzuchu. Obiad oczywiście w formie papki, bo poważna analiza doprowadziłaby nas do wniosku, że jednak kawałków to trochę się boimy. A po obiedzie – relaks na macie, odpisywanie na zmyślone maile na zabawkowych smartfonach. Uff, nie, to gorsze niż scenariusz filmu klasy B (chyba że ktoś szuka pomysłu to proszę, tylko prawa autorskie na wypadek sukcesu to moje).

W tym miejscu pozdrawiam wszystkie osoby, które podjęły się czegoś nowego bez względu na okoliczności! Bez większych analiz, mimo strachu, ale do przodu – za marzeniami! Odezwijcie się, dajcie innym swoją dziecięcą energię! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *