Na miastooo – marsz!

Celebrycki świat stara się skutecznie przekonać nas, zwykłych ludzi, że po urodzeniu dziecka nic się nie zmienia. Możemy nadal czerpać z życia pełnymi garściami, spotykać się na mieście ze znajomymi, wskakiwać spontanicznie w samolot i lecieć na kolację do Paryża, chodzić na koncerty i takie tam, wicie-rozumicie. Niemowlak nie może nam dyktować jak mamy żyć! Nie dajmy się zamknąć w czterech ścianach!

Że tak się delikatnie wyrażę – Pudelek swoje, życie swoje. 

Jeśli chodzi o wychodzenie z domu z dzieckiem, to nie będę ukrywać, że trochę jestem miękka faja. Do niedawna gdy miałam wyjść gdzieś dalej niż teren osiedla (dosyć sporego, to fakt, ale jednak osiedla) układałam sobie w głowie milion scenariuszy, tak jakby mnie życie już dostatecznie nie nauczyło, że dziecko te wszystkie pomysły może mieć w czterech literach i zachowa się raczej niestandardowo. Jednak po pierwszych miesiącach chodzenia w kółko tymi samymi drogami (Szymek urodził się w październiku także wiecie, spacery zimową porą gdzieś na drugi koniec miasta to był raczej średni pomysł, dlatego wszelkie dalsze wyjścia odłożyłam na wiosnę, tym bardziej, że moja wytrzymałość na minusowe temperatury jest dokładnie żadna) stwierdziłam: dosyć tego dobrego, kochaniutka, spadamy stąd!

I w ten jakże szalony sposób znalazłam się wraz z niczego nie rozumiejącym Szymkiem w niemieckim sklepie typu drogeria, już nie pamiętam nawet po co. Celem było samo dojście do sklepu i przekonanie się czy to w ogóle jest możliwe. Aż z ciekawości sprawdziłam teraz odległość wg Google maps – zawrotne 1,5 km w jedną stronę, 19 min piechotą (czyli wychodzi na to, że po osiedlu robiłam dłuższe wycieczki, ale już nie wnikajmy w mój ówczesny tok rozumowania :P). Dziś taki spacer to nic szczególnego, wtedy oddalałam się od domu z duszą na ramieniu. Bo co ja zrobię jak on się w tym sklepie nagle rozpłacze i nie będę go umiała uspokoić?! Albo jeśli będzie chciał akurat jeść, chociaż jadł przed samym wyjściem? Albo, albo, albo… Cóż, dusza na ramię i w drogę. Co się okazało – w pierwszą stronę po prostu oglądał nowe obrazki nad swoją głową, w drugą smacznie spał. Koniec historii. Wniosek: strach ma tylko wielkie oczy. Od tej pory dłuższe spacery stały się rzeczywistością, nawet wyprawy tramwajem do galerii handlowej się zdarzały (krótkie co prawda, ale się zdarzały!).

Wiadomo, dużo zależy od dziecka, są podobno takie samoobsługowe egzemplarze, którym obojętne gdzie są, ważne, że jest miejsce do spania i jedzonko. Także wiecie, może w innej rzeczywistości nie miałabym powodów do paniki. A może to się po prostu zmienia przy drugim i kolejnym dziecku, nie wiem. 

Wracając do tematu – wyjście do oddalonego o 1,5 km sklepu można sobie wsadzić już nie powiem gdzie, jeśli je porównać z wakacjami typu ol ekskjuzmi i podróżą samolotem, które to przyjemności czekają nas niebawem. Dlatego rozpoczęliśmy z szanownym mym małżonkiem akcję “socjalizacja”. Stwierdziliśmy, jak na Janusza i Grażynę polskiego rodzicielstwa przystało, że zanim wydamy miliony monet, musimy każdą z nich obejrzeć pod słońce i upewnić się, że nie będzie to moneta wyrzucona w błoto. 

Zaczęliśmy od wyjścia do restauracji. Na osiedlu. Z planem B pt. “Jak się nie uda to bierzemy na wynos i spadamy do domu”. Powodów do obaw – o dziwo! – nie było i już po kilkunastu minutach zachwycaliśmy się pięknem chwili, nie mogąc wyjść z podziwu, że oto po 10 miesiącach siedzimy sobie razem w restauracji, ktoś właśnie gotuje smaczny obiad i zaraz nam go poda, a my możemy sobie po prostu posiedzieć, pogadać i się zrelaksować. Oczywiście przyszliśmy wyposażeni w obiad dla Szymka, którym skutecznie się zajął i dzięki temu cały ten sielankowy obrazek w ogóle miał prawo się wydarzyć. Pomógł też super kącik małego kucharza z pluszowym jedzeniem 😉

Po tym dniu moja zachłanna dusza zapragnęła więcej, Więcej, WIĘCEJ! Nuta paniki pozostała (ona znika w ogóle kiedyś? doświadczone mamy – ktoś, coś?), ale hazard mam we krwi, nie mogłam więc sobie odmówić kawy na mieście z dawno niewidzianą koleżanką. Chociaż do samego wyjścia z domu śmiałam się sama z siebie – głupia, przecież to się nie uda, jazda tramwajem, spacer, kawa, ciasto, powrót, no way! Pomijam już aspekt spontaniczności, u dzieci stanowiący normę (pisałam o tym kiedyś, o TUTAJ). Drzemka oczywiście wypadła w porze tzw. z dupy, czyli ni w pięć, ni w dziewięć, nigdy o takiej porze nie spał, a tu masz, jak matka se zaplanowała wyjście to się wezmę położę i zasnę na 1,5 godziny, bo kto by to krócej spał. 

I muszę Wam powiedzieć, że otóż – da się! Nawet okazało się, że jak się dziecko porządnie zmęczy to i w wózku zaśnie, mimo że od czasów przejścia z gondoli na spacerówkę zdarza się to mniej więcej tak często jak często kwitnie paproć. 

Chciałabym w tym miejscu wkleić ramkę ze słodką grafiką i wskazówkami jak przeżyć cudowne popołudnie z dzieckiem poza domem. Ale tak się składa, że otóż nie mam żadnych dobrych rad. Może mam po prostu więcej szczęścia niż rozumu. Może trafiam za każdym razem w dobry dzień mojego dziecka, taki wiecie, bez marud i płaczków. A może to nowe otoczenie tak na niego działa. Nie wiem. Ale wiem jedno – fajnie tak sobie wyjść do ludzi zamiast włóczyć się smętnie po osiedlu, wciąż tymi samymi ścieżkami. Trzeba co prawda ciągnąć ze sobą pół chałupy na wszelkie “wszelkie wypadki”, ale zasadniczo jest to możliwe! 🙂

8 Replies to “Na miastooo – marsz!”

  1. świetnie napisane i nie trudno się z tym nie zgodzić..
    bo tak to właśnie wygląda – na początku boimy się, a później okazuje się, że to wcale nie jest aż takie trudne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *