Trudne emocje czyli jak przetrwać histerię dziecka

Każdy moment rozwoju dziecka rządzi się własnymi prawami. I każdy, niestety, oprócz tych jasnych, ma także ciemne strony, które najbardziej dają w kość rodzicom. Kiedy Szymek się urodził słyszałam od wielu osób, że najtrudniejsze są pierwsze trzy miesiące, szczególnie jeśli maluch będzie miał kolki, ale “potem to już nauczysz się dziecka i dziecko Ciebie, zaprzyjaźnicie się i będziecie żyli długo i szczęśliwie”. Sratatata. Nikt wtedy nie  wspominał o tym, że po kolkach przychodzą zęby. Potem skoki rozwojowe. Że emocje dziecka czasem są nie do okiełznania. I tak dalej, i tak dalej…

Następuje również taki moment, kiedy dziecko już coraz więcej rozumie, wie wręcz zaskakująco dużo, ale niestety język nie jest jeszcze tak giętki by powiedzieć mógł wszystko co pomyśli głowa. Rodzice się cieszą, że już jakiś zalążek komunikacji zawitał w ich progi. Pojawiają się pierwsze słowa i chce się wierzyć, że teraz to faktycznie będzie tylko lżej. Tymczasem dziecko chciałoby przekazać znacznie więcej niż nam się wydaje, tylko nie bardzo wie jak. Bariera w porozumiewaniu się jest jak ten moment w Mario kiedy wpadasz do rury. Nastaje ciemność, biegniesz, nie wiesz o co chodzi, telepiesz się po całej rurze, chcesz coś powiedzieć, wykrzyczeć, ale jesteś odcięty od świata zewnętrznego, na chwilę zapominasz o królewnie, żółwiach i reszcie, skupiasz się tylko na tym co tu i teraz. Zero porozumienia ze światem zewnętrznym i irytacja poziom tysiąc. Nawet jeśli w tym czasie zbierasz monety i wydawać by się mogło, że wszystko jest spoko.

Halo, ja tu z rury gadam!

To pewnie scenariusz niejednego dziecięcego dnia. Maluch się bawi, śmieje, nuci sobie coś pod nosem, przytula ulubione misie, nad jego głową latają motylki i magiczne wróżki i nagle jeb – rura.

Następuje natychmiastowe zwolnienie blokady maszyny losującej, wewnętrzne kulki Twojego dziecka, jeszcze chwilę wcześniej ułożone w równych rządkach, teraz rozbijają się we wszystkie strony świata, a ich mały właściciel próbuje za nimi podążać. Czytaj: rzuca się na lewo i prawo, krzyczy, płacze (nie roniąc przy tym ani jednej łzy). Wersji jest tyle, ile dzieci. Ponoć również takie z uderzaniem głową o podłogę. Słowem: teatr klasy B dla jednego widza.

W małej główce odbywa się taniec neuronów i synaps, swawolne harce, biegają dzikie zwierzęta wypuszczone z klatek, jakieś narowiste konie i uj wie co jeszcze. Nie nadążysz. 

Przetrwać taki atak i nie zwariować to nie lada sztuka. Nie mówiąc już o tym, żeby zrozumieć emocje dziecka w danej chwili. Dlatego trzeba zamienić się w mistrza zen i wróżbitę Macieja w jednej osobie. Mistrzem zen, bo wiadomo , potrzeba ogromnych pokładów cierpliwości, a wróżbitę Macieja żeby sobie ułatwić sprawę i zobaczyć przyszłość. A konkretnie spojrzeć 5 minut do przodu i zobaczyć jak sytuacja się uspokaja, wraca do normy, nerwy opadają i już jest dobrze. Szybki przytulas i powrót do zabawy jak gdyby nigdy nic. To klucz do sukcesu – jasnowidzący mistrz zen, siedzący na ziemi i strzegący bezpieczeństwa małego stworzenia rzucającego się po podłodze. 

Keep calm czyli zachowaj spokój

Przynajmniej tak mi się wydaje. Że emocje dziecka są bardziej skomplikowane niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Że to nie bunty, wymuszanie, terroryzowanie, tylko zderzenie z rzeczywistością, którą coraz lepiej się rozumie, a nie umie się tego wyrazić słowami. To musi być frustrujące, no nie ma mocnych żeby takie coś przeżyć z uśmiechem na ustach i ani razu się nie wk*rwić. My też nieraz pewnie chcielibyśmy przywalić czymś w ścianę, rozwalić krzesło i kopać wszystko co w zasięgu nóg, ale ktoś nam kiedyś powiedział, że tak się raczej nie robi. Prawdopodobnie usłyszeliśmy to jakieś pierdyliard razy zanim zrozumieliśmy, że faktycznie to może nie najlepszy pomysł.  

Przypominam sobie książkę “Uratowała mnie łza” – autorka była w śpiączce, wszyscy łącznie z lekarzami myśleli, że nic nie słyszy, nie rozumie, że w związku z tym mogą przy niej mówić co chcą i robić z nią co chcą, bo i tak nic nie czuje. A ona słyszała, rozumiała i czuła. Tylko nie umiała nic powiedzieć. Zupełnie jak dziecko.

Mam nadzieję, że wizja wróża Macieja medytującego nad wściekłym dzieckiem oraz dziecka w roli Mario gnającego przez rurę choć trochę ukoi skołatane nerwy rodziców podczas kolejnego ataku histerii. Jak to mówią keep calm and hakuna matata!

keep calm and hakuna matata

Mogą Ci się spodobać również:

22 komentarze

  1. Czy faktycznie te 3 miesiące są najtrudniejsze, hm wydaje mi się, że nie 🙂 Nam dorosłym też ciężko zachować spokój, ale dajemy radę.

    1. To zdecydowanie zależy na jaki egzemplarz się trafi, dla jednych najtrudniejsze, dla innych schody zaczynają się potem 😉

  2. Nie zgodzę się chyba ze stwierdzeniem, że najtrudniejsze są pierwsze 3 miesiące. Myślę, że potem jest gorzej, a o nastolatku już nie wspomnę…

  3. Czasem ciężko nam, dorosłym zachować spokój, a co dopiero dziecku, które nie rozumie niektórych kwestii.

    1. Haha właśnie, a ile trzeba energii włożyć żeby nasze dziecko się nie stało takim mentalnym Brajankiem 😂

  4. Ja np: nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że trzy pierwsze miesiące są trudne i najgorsze, a potem to już tylko lepiej…wpis na pewno się spodoba innym rodzicom.

    1. Ja to słyszałam milion razy, nie wiem skąd te informacje, ale trochę odbiegają od rzeczywistości 😀

  5. Od razu mam w myślach tę melodię: I już się nie maaartw aż do końca twych dniiii! Naucz się tych dwóóóch radosnych słóóów… Ten etap histerii, o którym mowa, dopiero przede mną, ale właśnie, właśnie! Kto wymyślił tę bajkę o trzech pierwszych miesiącach? Do czwartego miesiąca było coraz lepiej, a potem nagle zaczęły się nieprzespane noce i płaczki w dzień. I te zęby. Jak dobrze, że jest ten blog. Chociaż mnie ktoś bez ściemy przygotuje na kolejne miesiące <3To jeszcze proszę post o tym, co oprócz spokoju wewnętrznego ratuje Cię w takich momentach.

    1. Spokój wewnętrzny czasem się robi trochę niespokojny 😀 pomysł na post super, super – a jakie momenty momenty konkretnie? W sensie jak jest dzień ultra marudy? 😉

    2. Tak, jak jest dzień marudy albo jak atak histerii przytrafia się na ulicy, w sklepie, w gościach – przy ludziach. Co robisz wtedy z dzieckiem oraz jak reagujesz na komentarze innych osób? Mój 5-miesięczny synek czasami dostaje ataku płaczu na spacerze i zaczynam wtedy panikowac. Czasami pomaga szumiś i tak lecę do domu, pchając wózek z funkcją suszenia dziecka (tak to brzmi) ku uciesze gapiów z osiedla. Ale czasami nie pomaga i lecę z krzyczącym wniebogłosy dzieckiem, co chyba jest gorsze wizerunkowo. Albo atak płaczu zdarza się przy połowie rodziny i muszę słuchać głupich rad w stylu: jest głodny, bo masz słabe mleko. To na pewno jest płacz z głodu. I ten wzrok, że co ze mnie za matka, skoro nie umiem uspokoić dziecka. Po Twoim poście widzę, że takie ataki będą i to z miliona powodów, o których nawet mi się nie śniło, a ja nadal nie wypracowałam żadnej metody radzenia sobie z takimi sytuacjami.

      1. Dlatego uważam, że drugie dziecko jest po to żeby się już tym nie przejmować 😉 jeśli kiedyś Szymek będzie miał rodzeństwo już żadne gadanie o braku pokarmu nie wyprowadzi mnie z równowagi. I nie będę uciekać z nim ze spaceru jak będzie płakał w gondoli (Boże, pamiętam jak unikałam wzroku ludzi i wydawało mi się, że wszyscy dookoła patrzą na wózek i oceniają mnie jako matkę – dzisiaj wiem, że tak po prostu się zdarza i już bym tak nie panikowała ;-))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *