Oooh sugar, sugar!

Przy okazji postów na temat rozszerzania diety (cz. 1 tutaj i cz. 2 tutaj) przyszło mi do głowy, że powinnam bliżej przyjrzeć się składnikowi, który nie bez przyczyny znajduje się w nazwie bloga. Cukier. Chciałam się trochę rozprawić z tą nazwą, zdając sobie sprawę, że dla osób nie kojarzących jej z nazwiskiem autorki może być cokolwiek myląca 😉

Aby rozprawy z cukrem stało się zadość, postanowiłam się porządnie doedukować. Ja wiem, że cukier niezdrowy, że słodycze to w ogóle zło z tymi swoimi olejami palmowymi i innymi cudami. Lubię przygotować coś zdrowego do kawy, wcale nie mniej słodkiego od sklepowych ciast, a nie zawierającego góry cukru. Co nie zmienia faktu, że jednak ten składnik jest obecny i czasem ciężko z niego zrezygnować. Taka czekoladka, no mniam. I zawsze znajdzie się powód. Bo zły dzień. Bo pada. Bo kawa. Czytaj dalej Oooh sugar, sugar!

Chodnikowe ciekawostki

Mój uroczy małżonek był kilka tygodni temu świadkiem następującej sytuacji. Mama z synkiem stoją na chodniku, po drodze do żłobka. W zamiarze mają kiedyś dotrzeć do rzeczonego, ale na razie stoją. Chłopczyk przygląda się uważnie kostce brukowej, mama stara się zachęcić go do zrobienia chociaż kilku kroków naprzód. Małżonek mój w tym czasie zdążył dojść do żłobka, rozebrać Szymka, oddać go w ręce cioci i wrócić do miejsca, w którym poprzednio stała mama z synkiem. Z tym, że oni nadal tam stali. Dokładnie w tym samym miejscu. Mama przepraszającym głosem zagadnęła, że co ona ma biedna zrobić jak wózek jest złem numer jeden, a on tylko na nogach chce. I że kiedyś pewnie do tego żłobka dojdą, prędzej (haha) czy później. Czytaj dalej Chodnikowe ciekawostki

Pamiętasz, była jesień? czyli starość nie radość

Rok temu siedziałam w swoim kanapowym centrum operacyjnym dochodząc do siebie po wydarzeniach dziejących się 7 tygodni wcześniej. Obok mnie leżał niespełna dwumiesięczny bobas. Na przemian spał, jadł i wylewał żale na swój niedojrzały układ pokarmowy (czyt. ryczał wniebogłosy). Ja siedziałam, karmiłam go, odkładałam, szłam do łazienki, wracałam, karmiłam, odkładałam, szybko coś jadłam, potem znowu karmiłam, odkładałam, w międzyczasie tysiąc razy lulając i próbując okiełznać ten świdrujący płacz. Czytaj dalej Pamiętasz, była jesień? czyli starość nie radość

Ależ to jest ciężki temat!

Przeciętna matka zanim jej dziecko skończy kilka lat usłyszy jakieś pierdyliard razy, że “na pewno jej ciężko”, oczywiście od zatroskanych jej losem osób tzw. postronnych.. Zwykle z takim charakterystycznym westchnieniem, podparciem głowy ręką i spojrzeniem w sufit: “tobie to musi być ciężko”. To tak wiecie, jak ktoś nie wie co powiedzieć, ale myśli, że jak się naoglądał DISKOWERY to nie wypada rozmawiać tylko o pogodzie. I widzi Twoje dziecko w fazie buntu na cały świat, które jest akurat niewyspane, bo sąsiad odpalił wiertarkę albo po prostu jest jesień, cimno-zimno i jemu się nic nie chce. Albo właśnie coś mu się bardzo chce, tylko po prostu nie wie co i im bardziej nie wie, tym bardziej chce. A tu głos zza stołu: “musi ci być ciężko z takim maluchem”.  Czytaj dalej Ależ to jest ciężki temat!

To jest nos czyli Robinson i Piętaszek w miejskiej dżungli

Nieco ponad rok temu leżałam w szpitalu i próbowałam rozwalić mur z ogromnym napisem “burza hormonów” w swoim wyczerpanym organizmie. Doradczyni laktacyjna biegała między salami jakby ktoś jej podłączył turbodoładowanie, była potrzebna w dziesięciu miejscach na raz, pielęgniarki robiły co mogły żeby ją odciążyć i pomóc młodym mamom karmić swoje dzieci. Nie chciałam się poddawać, ale byłam już bliska załamania. I wtedy jedna z pielęgniarek powiedziała mimochodem “trzeba sobie wyobrazić bezludną wyspę, na której jest tylko mama i dziecko”, po czym wyszła z sali. Czytaj dalej To jest nos czyli Robinson i Piętaszek w miejskiej dżungli

Jestem chora. Tak na 30%, bo na więcej nie mam czasu.

Pamiętacie ten czas, kiedy w przedszkolu albo podstawówce okazywało się, że jesteście chorzy? Mama przychodziła po Was, a pani przedszkolanka konspiracyjnym szeptem oznajmiała, że “chyba ją coś bierze, niech ją pani obserwuje”. Kaszel, katar, gorączka, gardło boli, wiadomo – nic przyjemnego, ale niech pierwszy rzuci gripexem, kto z miejsca nie dostrzegał w tym pozytywnych stron. Po pierwsze zostawaliśmy w domu, pod ciepłą kołderką, nie musieliśmy rano wstawać, leżeliśmy w piżamie cały dzień i byliśmy królami i królowymi życia, mimo marnego samopoczucia. Marnego przez jakiś dzień lub dwa, umówmy się, tak źle przez cały czas nie było. Mogliśmy sobie wymyślać co zjemy, bo przy słabym apetycie mama była gotowa stanąć na rzęsach żebyśmy cokolwiek zjedli. Naleśniki, ryż z jabłkami, racuchy, kluski na parze, hulaj dusza. Nikt nie miał też sumienia ograniczać nam oglądania bajek, bo gdzież by przecież takiej bidulce. Swoją drogą za wiele tych bajek i tak się nie naoglądaliśmy, wtedy jeszcze nie leciały ciurkiem przez cały dzień na dwustu czterdziestu kanałach dla dzieci. Przede wszystkim jednak zyskiwaliśmy uwagę, którą darzyli nas wszyscy członkowie rodziny, litując się nad nami i współczując tej paskudnej anginy czy tam zapalenia oskrzeli. Czytaj dalej Jestem chora. Tak na 30%, bo na więcej nie mam czasu.