Upojenie alkoholowe w wersji dla ciężarnych

Nigdy nie byłam typem imprezowicza “na sto pro”, któremu nie straszne nocne wojaże, szalone ilości alkoholu i hasło “na przypale albo wcale”. Wynika to pewnie trochę z mojej natury, chociaż chyba też gdzieś z tyłu głowy po prostu podświadomie czułam, że chcę żyć następnego dnia. Że nie chcę leżeć jak skóra z byka marząc o szybkiej i bezbolesnej śmierci. Że trochę szkoda całą dobę mieć wykreśloną z życiorysu. Jak można się domyślić – nie zawsze się ta sztuka udawała, ale doszłam do wprawy w określaniu punktu granicznego w piciu na tyle, że przeważnie omijał mnie koszmar poranka po imprezie (przy czym “przeważnie” to kluczowe słowo).

Myślałam, że to dobry sposób na to, żeby nie zmarnować całego dnia na leżenie. Że jak będę mieć ciężką głowę, będzie mi niedobrze, będzie mnie bolał żołądek, to nic nie będę w stanie zrobić, a w sumie trochę by było szkoda.

I okazałam się w tym względzie trochę wołową dupą, gdyż otóż muszę to przyznać publicznie – byłam w błędzie.

Czytaj dalej Upojenie alkoholowe w wersji dla ciężarnych