Pamiętasz, była jesień? czyli starość nie radość

Rok temu siedziałam w swoim kanapowym centrum operacyjnym dochodząc do siebie po wydarzeniach dziejących się 7 tygodni wcześniej. Obok mnie leżał niespełna dwumiesięczny bobas. Na przemian spał, jadł i wylewał żale na swój niedojrzały układ pokarmowy (czyt. ryczał wniebogłosy). Ja siedziałam, karmiłam go, odkładałam, szłam do łazienki, wracałam, karmiłam, odkładałam, szybko coś jadłam, potem znowu karmiłam, odkładałam, w międzyczasie tysiąc razy lulając i próbując okiełznać ten świdrujący płacz.

Wtedy bardzo tęskniłam za życiem poza murami mieszkania i poza granicami osiedla. Wyjście gdzieś dalej wydawało mi się jakieś średnio realne raczej. A już na pewno nie z dzieckiem. Cieszyłam się, że ten mały człowiek jest tuż obok mnie, że już wiem jak wygląda, jest zdrowy i żyje po tej stronie brzucha, ale miałam w sobie jakiś niewytłumaczalny lęk. Bałam się, że zniknę. Że jak nie wyjdę sto razy w ciągu tygodnia na miasto to miasto o mnie zapomni. Miasto. Czyli ludzie. I tak chyba żeby nie dać się zapomnieć, a trochę też żeby nie zaniechać procesu myślenia i nie dać się wyprostować zwojom mózgowym, postanowiłam stworzyć to miejsce.

Trochę się bałam. Nie będę ściemniać, że to tak tylko dla zabicia czasu. Przecież wiedziałam, że jak to pójdzie w świat, znajdzie się czytelnik. Choćby tylko jeden, ale się znajdzie. A jak przeczyta i wyśmieje? Powie, że żal czytać i zmarnował swoje cenne kilka minut? Trudno, pomyślałam, do odważnych świat należy. No, czyli do mnie zasadniczo nie, ale już mniejsza o szczegóły – jedziem z tym blogiem!, pomyślałam i się zaczęło.

Pierwsze teksty były raczej zabawne. To te o ciąży. Mimo początkowego kaca giganta, trwającego około miesiąca, a następnie mózgu typu rozgotowany kalafior, wspominam ten czas bardzo miło. Natomiast początki macierzyństwa to już zupełnie inna bajka. Wydawało mi się, że trauma związana z połogiem zostanie we mnie do końca życia i nigdy nie będę w stanie nawet pomyśleć, że miałabym to przeżywać raz jeszcze. Ale wiecie co? Wydaje mi się, że chyba prawie już zapomniałam. Zapomniałam! W końcu zapomniałam! O tym bólu, o połogu, o tych złych miłego początkach. Zajęło mi to, jakby nie patrzeć, cały rok, ale udało się. Choć ja wcale się nie starałam. Nie chciałam zapomnieć. Patrzyłam z nienawiścią na inne matki, co to “zmęczone, ale szczęśliwe” tydzień po porodzie mogłyby rodzić znowu, bo “każdy uśmiech dziecka wynagrodzi ten ból”. Gówno, a nie wynagrodzi. Zresztą jaki uśmiech, jak noworodek nie kuma, że żyje jeszcze, to o jakim my uśmiechu mówimy w ogóle. Chciałam wtedy zniknąć albo nie istnieć od pasa w dół, żeby nic mnie już nie bolało. 

Okazuje się jednak, że gdyby nie ten blog to po takim czasie tych najbardziej hardkorowych momentów macierzyństwa chyba bym nawet nie pamiętała. Albo miałabym jakieś mgliste pojęcie, że trudy połogu, kiedyś tam jakaś kolka, coś było, ale nawet nie wiem o co dokładnie chodziło. Jakieś pobudki w nocy, no były, były, ale szczegółów nie pamiętałabym gdyby nie wszystkie wpisy, niby śmieszne, ale jednak trochę straszne.

Jednak ludzki umysł jest tak sprytnie zbudowany, że podsuwa nam same dobre momenty. I właśnie je pamiętam najlepiej. Mam je przed oczami. Wszystkie fajne dni, wycieczki, spacery, zabawę, głośny śmiech, wspólne posiłki. I już teraz rozumiem po co mi był ten blog. Właśnie po to, żeby pewnych rzeczy nie zapomnieć. Zresztą nie pisałam tylko o tych kiepskich momentach, było tu też dużo radości przez ostatni rok. 

A co będzie teraz? Życzę sobie żeby w kolejnym roku posty mogły być radosne i głównie takie, przy których będziecie się na głos śmiać. Tak żeby ludzie w komunikacji zbiorowej patrzyli na Was co najmniej jak na wariatów. Chciałabym też, żeby wszelkie teksty na poważniejsze tematy niosły jednak za sobą trochę ciepła i otulały Was jak ciepły koc. I skoro już tak sobie sama składam te życzenia, to bardzo, bardzo bym sobie życzyła, aby pojawiły się możliwości nawiązania ciekawej współpracy, nowe projekty, pomysły na stworzenie czegoś naprawdę fajnego. Wierzę, że to możliwe i wierzę, że to będzie naprawdę dobry rok!

A tutaj wpisy najchętniej przez Was czytane w ciągu pierwszego roku funkcjonowania bloga. Co ciekawe, są to głównie raczej poważne teksty. Kto nie czytał niech koniecznie zajrzy 😉
Najlepszy z najlepszych (wg liczby odsłon) – tekst o połogu
I jego druga część – o tym czytaliście najchętniej
Na trzecim miejscu karmienie piersią – tak się cieszę, że to właśnie ten tekst!

Chcesz mi zrobić prezent urodzinowy? Szepnij znajomym, że jest takie fajne miejsce w sieci. Podrzuć link. Polub na Facebooku. Zaobserwuj na Instagramie. Udostępnij Twój ulubiony tekst. Będzie mi bardzo miło. Dziękuję 🙂


	

2 Replies to “Pamiętasz, była jesień? czyli starość nie radość”

  1. Dziękuję za ten blog! Towarzyszył mi od początku mojej ciąży. Twoje posty wyprzedzały bieg wydarzeń i z czasem mogłam zrozumieć śmieszno-gorzkie słowa o porodzie, połogu czy samej ciąży. Uwielbiam tekst o Robinsonie, urzeka mnie i myślę sobie o tych słowach często, kiedy próbuję zrozumieć gaworzenie mojego synka. Ten pomysł to był strzał w dziesiątkę. Uściski dla małego Cukiereczka, którego pojawienie się na świecie zapoczątkowało tę przygodę.

    1. O matko, ryczę!!! Bardzo dziękuję za ten komentarz, płaczę ze wzruszenia i niesamowicie się cieszę, że mogłam towarzyszyć Wam moimi tekstami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *