Pamiętnik z czasów zarazy

Ostatnie kilka miesięcy było jak wytwór kinematografii tego rodzaju, którego ja nie jestem w stanie oglądać, gdyż stopień zakręcenia wątków, pomysłów, postaci, przestrzeni i czasu jest tak głęboki, że umiem wydać z siebie tylko: “kochanie, jak ci się podoba to oglądaj, może lepiej będzie jak sobie coś poczytam”. Nasze mózgi (bo myślę sobie, że nie tylko mój) przeszły wszystkie etapy, które występują po stracie czegoś lub kogoś ważnego. I pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała mieć tutaj ślad tego, co się działo. Może kiedyś moje dziecko zapyta o co kaman z tym całym wirusem, to wtedy mu powiem: “zobacz, przeczytaj co się działo, a potem dopytaj o co tylko chcesz”. Taki punkt wyjścia do rozmowy, pamiętnik z czasów zarazy.

Szok, niedowierzanie i gniew

Połowa marca. W pracy armagedon. Urywają się telefony, skrzynka mailowa zablokowana przez setki wiadomości od przerażonych pasażerów – co mamy zrobić, jak wrócić do domu, nie możemy lecieć, restrykcje, pomóżcie, chcę zwrot pieniędzy, chcę przełożyć lot, ratunku, czemu tyle trzeba czekać na połączenie, co z moim lotem, czekam na zwrot pieniędzy już drugi tydzień, czy mogę lecieć na Filipiny, wiecie coś o restrykcjach w Dubaju, czy lotnisko w Manili jest otwarte, co z moim zwrotem pieniędzy, zróbcie coś, szybko! Odkąd jeden człowiek w Chinach zjadł niedogotowanego nietoperza, jak by to powiedzieć delikatnie… no, przybyło nam pracy. Po sam czubeczek, po kokardę byliśmy utopieni w mailach i telefonach. I w samym środku tego szaleństwa, tego “wszystkie ręce na pokład”, nagle wychodzi pan Mateusz M. i oświadcza, że zamyka żłobki. Na dwa tygodnie. W najśmielszych wyobrażeniach nie wpadłabym na to, że te dwa tygodnie rozciągną się na ponad dwa miesiące i pomyślałam sobie: O NIE. Nie po to wracałam do pracy, żeby teraz siedzieć w domu. Nie można nigdzie jechać, nigdzie wyjść, wszystko pozamykane, areszt domowy z 1,5-rocznym dzieckiem, żądnym wrażeń. Szok, niedowierzanie i w pierwszym odruchu trochę gniew. Na gorąco opisałam, co myślę, zebrałam wiadro pomyj, które się na mnie wylało, a następnie poczułam ulgę, że to wszystko z siebie wyrzuciłam i mogę śmiało zająć się kwarantanną, izolacją, jak zwał tak zwał.

Zaprzeczenie sytuacji, dezorganizacja

Oczekiwanie na kolejne konferencje premiera i ministra zdrowia, odświeżanie strony z danymi o nowych zakażeniach, coraz to nowe restrykcje, maseczki, zakaz wychodzenia z domu i takie poczucie, że nie – to się, k*rwa nie dzieje naprawdę. Pierwsze dni pt. home office z biegającym dookoła maluchem, który jakby niewiele sobie robił z porad Ministerstwa Rodziny dotyczących cichych zabaw i tłumaczenia dzieciom, że mamusia pracuje. Mimo tego, że obecny w domu był również tata, chwilowo uziemiony przez lockdown, nagle okazało się, że bawić się można tylko z mamą, nakarmić może tylko mama i to mama robi najlepsze pankejki i TYLKO mama.

Stagnacja, tęsknota i żal

Po jakimś czasie emocje powoli opadają. Coraz mniej dziwi widok ludzi w maseczkach, już nie robią wrażenia kolejki przed sklepem, praca idzie coraz sprawniej i nawet 1,5-roczne dziecko skumało, że jak mama rozmawia to trzeba więcej uwagi poświęcić zabawkom, najlepiej we własnym pokoju. Nawet powoli człowiek dochodzi do wniosku, że zaczynanie pracy o 6 rano jest całkiem spoko, o ile można wstać o 5:50 i w szlafroku zasiąść przed komputerem, czekając na przepływ energii na drodze kawa-organizm. Świat wydarzeń online wybucha tysiącem barw i można wziąć udział w spotkaniach, na które normalnie ciężko byłoby się wyrwać. Wieczór panieński można nawet zaliczyć, bo niby czemu nie! Choć tęskni się za wyjściem, za ludźmi, za obiadem w restauracji, wizytą u fryzjera, spontanicznym wyjazdem gdziekolwiek, to jednak można w końcu powiedzieć “stop” i przestać tak pędzić. Przy okazji wyzwalają się całe pokłady pomysłów i oto powstaje masa solna, ciecz nienewtonowska i cała masa innych ciekawych rzeczy, które normalnie nie przyszłyby do głowy. Chęć zorganizowania czasu maluchowi wygrywa z pierwotnym przerażeniem i zaczyna być naprawdę fajnie. O tym powolnym ogarnianiu wirusowej rzewistości mówiłam trochę tutaj.

Nowa rzeczywistość

Kiedy już wydaje się, że ta nowa rzeczywistość jest w sumie całkiem spoko, home office powoli wszedł w krew, a jednocześnie można już gdzieś wyjść, ściągnąć maseczkę i głębiej odetchnąć, trzeba sobie na nowo poukładać pewne sprawy i uświadomić sobie na nowo, że to wiecznie trwać nie będzie. Ale cóż, to chyba jedna z rzeczy, których mogliśmy się nauczyć w ciągu ostatnich kilku miesięcy – nie ma co planować, tak samo jak martwić się na zapas. Nie ma takiego problemu, z którym sobie nie poradzimy!

lockdown

Mogą Ci się spodobać również:

3 komentarze

  1. Trudna i nowa sytuacja dla nas wszystkich, ale rozmawiałam dzisiaj ze swoją mamą na temat pandemii. Okazuje się, że wiele spraw możemy załatwić nie wychodząc z domu, nie tracąc czasu na stanie w korkach itp. Mój mąż, który ciągle latał po świecie teraz załatwia wszystko przez internet. Cała ta sytuacja ma pełno minusów, ale i plusów też się kilka znajdzie. Pozdrawiam 🙂

  2. Bardzo dobry pomysł z opisaniem skrótowo, co się teraz dzieje. Post „na gorąco” też czytałam i przykro mi, że musiałaś zmierzyć się z wiadrem pomyj. Chyba ktoś czegoś nie zrozumiał… Ja nie zapomnę tego napięcia, kiedy w Europie szalał koronawirus, a my dopiero czekaliśmy na naszego polskiego „pacjenta 0”, bo było pewne, że on się pojawi. A jak już wszędzie ogłoszono, że mamy to!, to trochę jakby ktoś spuścił powietrze z balonika. Napięcie jednak nie minęło, ciągle sprawdzałam, ile to już zachorowań, ile zgonów, aż w końcu przestałam śledzić sprawę tak dokładnie, żyjąc w tej nowej rzeczywistości i lepiej ją planując, tak, by do minimum ograniczyć wyjścia z domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *