Rozmowa z niemowlakiem czyli przemów ludzkim głosem

Wiem, że święta już dawno za nami, a świat pędzi tak szybko, że to już prawie jak poprzednia epoka. Przecież to w zeszłym roku było, dawno i nieprawda. Ale patrząc ostatnio na wyrzucane smutne choinki, oklapłe wspomnienie grudniowego szaleństwa, przypomniałam sobie tę atmosferę i pomyślałam o jednej rzeczy. A mianowicie – pamiętacie z dzieciństwa różowy opłatek? Ten co to niby z przeznaczeniem dla zwierząt, że jak zjedzą to zaczną mówić ludzkim głosem? 

Bo generalnie to ja bym sobie bardzo życzyła, żeby taki opłatek istniał również w wersji dla dzieci. To znaczy: dziecko zjada i mówi w języku powszechnie zrozumiałym dla dorosłego człowieka, choćby przez 30 sekund. Rodzice niemowlaków, wyobrażacie to sobie? Żeby było jasne – nie mówię o deklamowaniu “Ody do młodości” czy choćby “Idzie niebo ciemną nocą”. Mam na myśli zupełnie podstawowe słowa i zwroty, zapewniające pewien komfort komunikacji. Nauka rozumienia siebie nawzajem i opanowywanie wspólnego języka bywa wprawdzie cudowna i pisałam o tym TUTAJ, ale cóż. Wcale nierzadko zdarzają się momenty, że myślimy sobie “co to dziecko kurde ode mnie chce”. 

A ten płacz to o co?

Mówi się, że matka rozpozna bez trudu czy jej dziecko płacze, bo jest głodne czy może jest mu niewygodnie, a może trzeba zmienić pieluszkę albo boli brzuszek. Że to zupełnie inny płacz jest. Może jestem w tym zakresie kiepską matka w takim razie, ale sorry, w większości przypadków nie miałam bladego pojęcia o co chodzi. Szczególnie w przedziale wiekowym +/- 2-4 miesiące. Udało mi się czasem wstrzelić z zaspokojeniem jakiejś potrzeby za pierwszym razem, niestety zwykle po prostu próbowałam do skutku. A wiele mogłyby ułatwić dwa słowa. Dwa, nic więcej. Jedno to “ból”, drugie “głód”. Ile to by zaoszczędziło moich nerwów i czasu! Tego zastanawiania się czemu tak płacze. Czy to znowu kolka? A może coś by jeszcze zjadł? Odpowiedź na to pytanie ukoiłaby nerwy niejednego rodzica! Ile młodych matek dałoby się pokroić za kawałek takiego opłatka. Choćby po to żeby udowodnić rodzinie, że owszem, dziecko się najada i nie musieć wysłuchiwać, że skoro tak płacze to na pewno jest głodne. Może niejedna mama uniknęłaby frustracji przy karmieniu piersią, kto wie.

Say „YES”

Od biedy mogłabym się zgodzić nawet na jedno słowo. “TAK” – można by wymieniać po kolei wszystko, co może takiemu maluchowi dolegać, a w końcu kiedyś by się trafiło i usłyszało wyczekane “tak”. Choćby to miał być ból brzuszka, trudno. Przynajmniej jest diagnoza i można jakoś pomóc, a nie zachodzić w głowę o co kaman.

W przypływie desperacji marzyłam o pasku naklejanym na czoło, który świeciłby się na zielono przy głodzie i na czerwono przy bólu na przykład. Naukowcy, do roboty. Pokojowa Nagroda Nobla gwarantowana.

Kiedy nos staje się nosem

Na szczęście przychodzi taki czas, kiedy porozumieć się jest coraz łatwiej. Nieraz co prawda zachodzę w głowę co konkretnie moje dziecko ma na myśli machając ręką w bliżej nieokreślonym kierunku i wykrzykując “to, to, to!”. Albo kiedy próbuje mi w swoim zawiłym języku wytłumaczyć jak mam mu pomóc podczas zabawy i wydaje mi się, że ja niby coś tam kumam, ale po chwili okazuje się, że jednak nie o to chodziło, próbuję raz jeszcze i ponownie zamiast uśmiechu na twarzy widzę frustrację, która może szybko przerodzić się w gniew. Kapitulacja jest może mało wychowawcza, niemniej bywa, że skierowanie uwagi na coś innego stanowi jedyną drogę ucieczki kiedy już NAPRAWDĘ nie wiadomo co to jest to “to”. Natomiast nie ma absolutnie żadnych wątpliwości kiedy słyszy się na przykład stanowcze “AM!”. Albo “nie, nie, nie”. Kiedy nos zaczyna być nosem, oko okiem, but butem, a piciu piciem. Zaczyna się inna jakość komunikacji, zupełnie niebywała. Być może za całkiem niedługi czas stanie się przekleństwem i potrzeba będzie dożylnego aplikowania relanium żeby wytrzymać psychicznie odpowiedzi na 250 pytań na godzinę, ale jakoś póki co nie mogę się tego doczekać. 

A Wy jak myślicie? Lepszy moment to ten pt. “słodki bobas, który nic nie mówi” czy raczej im większa komunikacja werbalna tym lepiej? 🙂 

mama rozmawia z córką

Mogą Ci się spodobać również:

11 komentarzy

  1. W te święta taki opłatek bardzo by mi się przydał, tylko na chwilę, żeby moje dziecko raz i dobitnie powiedziało, że nie jest głodne, a pokarm jego mamy jest zarąbiaszczy a nie jakiś „słaby” i żeby się wszyscy od tego mleka odczepili i wrócili do swoich pierogów i innych kapust wigilijnych. No. Żeby po prostu powiedziało to za mnie, bo raz, że jemu by to wszyscy wybaczyli, taki jest słodki, a dwa dla uwiarygodnienia moich słów. A tak serio to uwielbiam ten czas, kiedy synek jest taki malutki, robi tylko różne minki i śmieje się do mnie. Nie wiem, kiedy zleciało nam 5 miesięcy i aż się boję tego lecącego czasu, więc chcę się nacieszyć tym etapem dzidziusiowym najbardziej jak się da. A potem, mam nadzieję, zacznę się cieszyć każdym nowym słowem i powiedzonkiem, aż zacznie pyskować w wieku kilkunastu lat. Nie wiem, czy to też będzie takie przyjemne 😀

    1. Każdy wiek ma swoje plusy i minusy, ale chyba wolę jednak usłyszeć stanowcze „nie” albo „tak” i nie musieć się zastanawiać o co kaman 😛

  2. Wydawało mi się kiedyś, że matka zawsze wie, co się dzieje z jej dzieckiem i potrafi bez problemu odgadnąć jego potrzeby. Wygląda na to, że czeka mnie trudna, ale warta przeżycia przygoda 🙂

  3. Na moje oko to chyba lepsza ta komunikacja werbalna, ale doświadczenia nie mam, jako osobnik dzieci pozbawiony… Chociaż, szczerze mówiąc, mam dwa koty, z czego jeden potrafi trzy godziny miauczę i cholera wie, o co kaman. To chyba trochę jak z dzieckiem, nie? XD

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *