Tydzień na relaksie czyli czy jestem najgorszą matką świata?

Opowiem Wam coś dzisiaj. Miało być o czymś zupełnie innym, nowy post już w zasadzie gotowy i czeka na publikację, ale wydało mi się, że nie, że to nie na teraz, że dzisiaj to ja muszę tak od siebie, całkiem prywatnie do czegoś Wam się przyznać. 

Otóż spełniła się jedna z moich dzikich fantazji, których nie śmiałabym nawet nazywać marzeniem, żeby się zbyt górnolotnie tu nie zrobiło, do której przyznałam się w wywiadzie dla Eli, czyli Mamy pod Prąd (Mam momentami takie fantazje w głowie, że zostaję całkiem sama na kilka godzin. Wyobrażam sobie, że jestem sama w domu i mogę robić co chcę.). Otóż słuchajcie, spełniło się, rozpoczęłam kolejny w ciągu ostatnich miesięcy urlop. Przez tego uroczego stwora na K mam w tym roku wyjątkowo dużo wolnego (pozdrawiam i przytulam z tego miejsca całą branżę lotniczą). Po raz pierwszy jednak mam to szczęście przebywać na urlopie, podczas kiedy moje dziecko odkrywa meandry życia wśród społeczeństwa (czyt. kilka godzin spędza w żłobku), a małżonek też meandruje wśród społeczeństwa, choć za wiele nowego to tam już raczej nie odkryje (czyt. chodzi do pracy). Szczęście, tak, padło takie słowo. Tak, wiem, jestem najgorszą matką świata, która postanowiła zafundować sobie 5 (słownie: pięć) dni, w trakcie których ma kilka godzin tylko dla siebie. 

I o tym będzie ten post. Nie o tym wcale, jak to niszczę teraz psychikę mojego kochanego bombelka, pozwalając mu bawić się z innymi dziećmi, malować, śpiewać, skakać i szaleć w żłobku ze swoimi ulubionymi ciociami*. Nie o tym też, jaka to jestem samolubna, spędzając kilka godzin dziennie w ciszy i spokoju. Również nie o tym, jak w okolicach godziny 15 zaczynam się zastanawiać kiedy to kurde zleciało, że już ta godzina i czemu czas tak nie zapierdziela jak jestem w pracy.

*osobny wpis o żłobku planuję już niedługo, jeśli macie jakieś pytania w tym temacie to śmiało 🙂

Dobrze czasem pobyć samej ze sobą

Będzie to post o tym, jak to czasem dobrze pobyć samemu ze sobą i jak bardzo jest to potrzebne, szczególnie po okresie wzmożonego przebywania w czterech ścianach ze swoimi najbliższymi, za którymi nie miało się okazji zatęsknić. O tym, jak fajnie jest wczytać się w książkę i móc oderwać dopiero po kilku godzinach, trochę jakby wracało się przez szafę z Narnii. Cudownie jest przestać czytać dlatego, że poczuliśmy głód, a nie dlatego, że ktoś się właśnie obudził z drzemki i domaga się paszy w pakiecie ze stuprocentową uwagą. A już umówić się na mieście z koleżanką, jechać sobie tramwajem (nadal czytając! albo słuchając ulubionego radia czy muzyki), niespiesznie przechadzać się po ulicach i wiedzieć, że w zapasie ma się jeszcze kilka godzin – jest to uczucie absolutnie bezcenne. I tak, przyznaję się do tego, mimo że jedną z najfajniejszych chwil w ciągu dnia jest ta, kiedy przychodzę po dziecko do żłobka, a ono rzuca mi się na szyję. Ale co ja tu będę pierdzieć serduszkami, druga najfajniejsza jest ta, kiedy zamykam za sobą drzwi tego przybytku i mam w perspektywie kilka godzin bez “mamuś, chodź!”, “nie to!”, “mamooo”.

Mam nadzieję, że narobiłam Wam smaka, kochane mamy. Nie myślcie, że ja tu opływam w nie wiadomo co i że jestem największą zołzą na świecie oddając swoje dziecko w ręce obcych bab. Spoko, drugi tydzień urlopu spędzimy razem i na pewno będzie super. Ale na razie celebruję chwile samotności, gdyż powtórzą się one w takiej ilości nie wiadomo kiedy. O ile w ogóle. A tymczasem chciałabym Wam przypomnieć, kochane mamy, że Wy jesteście tak samo ważne jak Wasze dzieci, wcale nie mniej. Przecież to nie umniejsza w żaden sposób miłości do dziecka, a macierzyństwo chyba nie ma polegać na samobiczowaniu się i umartwianiu, bo niestety za to punktów w konkursie na matkę roku nie przyznają. Pomijając, że takiego konkursu nie ma, choć dla niektórych to może być szok. Pamiętajcie, że w samolocie maseczkę zakładamy najpierw sobie, a potem dziecku! Wam się też należy od życia chwila tylko dla siebie i chciałabym, żeby to było pozytywne zjawisko, kiedy mama wychodzi na kawę z koleżanką, idzie sobie zrobić paznokcie albo zamyka się na balkonie i przez kilka godzin czyta książkę. A nie, że na drugi dzień “Fakt” donosi o matce porzucającej swoje dziecko dla własnych przyjemności. Nie dajmy sobie wmówić, że wyjście na kilka godzin z domu i zostawienie latorośli pod okiem tatusia (albo wyjście z tatusiem i zostawienie dziecka np. z babcią) to gotowy scenariusz dla “Trudnych spraw”. Parafrazując Beatę S. – nam się takie wyjścia po prostu należą!

Proszę, powiedzcie, że nie jestem sama!

I mam nadzieję, że nie jestem jedyną matką, która tak uważa. Dajcie znać, odezwijcie się tu, matki moje kochane! Napiszcie, że też robicie coś dla siebie, że wyciskacie z każdego tygodnia chociaż trochę soku z podpisem “dla mnie”. Jeśli chciałybyście opowiedzieć jak Wam się to udaje, na co poświęcacie swój wolny czas, a może macie jakieś turbo rady jak to zrobić, piszcie na natalia@zcukremalbowcale.com. Pokażmy, że jest nas więcej i że można 🙂

Mogą Ci się spodobać również:

9 komentarzy

  1. Moim zdaniem to jest całkowicie normalne podejście, że czasami chcemy być sami, nawet jak tych naszych najbliższych kochamy najbardziej na świcie 🙂 Takie dni, momenty są bardzo, bardzo potrzebne i warto je celebrować 🙂

  2. Dzidziuś ma niecałe 3 tygodnie. Na jednej z pierwszych wizyt położna powiedziała – musisz pamiętać ze nie jesteś tylko mamą Nico, musisz normalnie żyć. Tatuś niech bierze wózek i idzie na 2godzinny spacer. W tamtym momencie to było nie do pomyślenia. Jak to na spacer?! Bez piersi z mlekiem obok?! A jak zgłodnieje?! Miałam tez wątpliwość czy sam tatuś będzie na tyle odważny. Ale wziął dziedzica, ja poszłam… spać. Wrocili po ponad 2 godzinach. Mąż był nawet w szoku ze wykorzystałam ten czas na drzemkę. Nawet sekundę nie miałam wyrzutów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *