Urodzić i nie zwariować

Skąd mam wiedzieć, że to już? To pytanie naiwnie zadawałam sobie pod koniec ciąży. Szczególnie kiedy usłyszałam od rozentuzjazmowanego lekarza, że “możemy rodzić!”, po czym spędziłam jak na szpilkach kolejne trzy tygodnie.

Nie wiem w jakim świecie ja żyłam bojąc się, że przegapię poród. I dlaczego niesamowicie wkurzało mnie hasło “tego się nie da pomylić z niczym innym”.

Kiedy już uznałam, że to jest na pewno to i faktycznie NIE DA się tego pomylić i jedźmy już do tego szpitala, bo zaraz tu oszaleję, postradam zmysły, zabiję pierwszą napotkaną na swej drodze osobę, po czym sama umrę, miałam świadomość, że to początek drogi. Że muszę się przebrać, dostać na salę porodową, wiadomo. Nie spodziewałam się Leśnej Góry i pana ordynatora biegnącego jak na skrzydłach, bo oto pacjentka rodzi.

Ale że będę musiała zwiedzić szpital wzdłuż i wszerz trzysta czterdzieści siedem razy, przystając w międzyczasie co kilka minut i powtarzając sobie w głowie, że jeszcze nie powinnam się drzeć wniebogłosy, chociaż bardzo bym chciała, tego się nie spodziewałam jeszcze bardziej.

Przyjeżdżamy do szpitala dumni, że wiemy dokąd się kierować. Byliśmy przecież w Szkole Rodzenia, pani położna dokładnie nam tłumaczyła co i jak. Rodzisz – kieruj się na SOR. Stamtąd idziesz do ambulatorium ginekologicznego, które jest tuż za rogiem i potem prościusieńko na salę porodową. Banał. Podchodzimy więc do okienka, ja na skurczu więc mąż tłumaczy, że dzień dobry, żona rodzi. Pani nawet nie podniosła głowy, mruknęła tylko “to najpierw do ambulatorium”. Pod drzwiami mimo wczesnej pory kilka osób, w tym kobieta, która bardzo przeżywa, że ma mieć dzisiaj zabieg, ale jak na razie od dwóch godzin przepuszcza panie w ciąży i już się trochę stresuje, bo to jednak zabieg, ale tu te panie w ciąży ciągle i ona nie wie kiedy jej się uda dostać, zabieg niby drobny, ale w jej wieku to wiadomo, ale przecież w ciąży to trzeba przepuścić itd., itp.

Po dłuższej chwili, w trakcie której chciałam przeniknąć przez ścianę, drzwi się otworzyły, wyjrzała położna, spojrzała na mnie i ni to zapytała, ni stwierdziła: “pani ze skurczami?”. Nie wiem doprawdy po czym to wywnioskowała, ale nic to! Przecież już zaraz ktoś się mną zajmie, kończmy tę biurokrację, ja tu rodzę.

No cóż.

Jak miało się okazać, biurokracja dopiero nieśmiało się z nami witała, bo PRZECIEŻ najpierw trzeba się zarejestrować w rejestracji głównej, która znajduje się w zupełnie innej części szpitala. I nie, nie może tam pójść mąż, ponieważ trzeba się zarejestrować osobiście. W lewo, w prawo, za kaplicą i naprzeciwko szatni, dla mnie wtedy była to odległość co najmniej półmaratonu. Kiedy już ją pokonaliśmy przy okienku stała jedna osoba, a za nią w kolejce jedna pani, niezwykle zdumiona zachowaniem dzisiejszej młodzieży, mającej czelność ją wyprzedzić. Na wiadomość, że kobieta w trakcie porodu i nie ma czasu żeby tu teraz ludzi przepuszczać, stwierdziła, że przecież ona chciała “tylko o coś zapytać”. Dobrze, że kolejny skurcz odebrał mi mowę, przysięgam.

W rejestracji otrzymałam karteczkę niewiele większą od znaczka pocztowego. Na jej widok położna w ambulatorium aż się uśmiechnęła, gdyż teraz miała już moje dane w ogólnoszpitalnym systemie i mogła mi podarować kolejną małą karteczkę, z którą miałam się udać tam, gdzie byłam jakąś godzinę wcześniej czyli na SOR, bo RODO! Znudzona pani podała mi kartkę, na której mogło być absolutnie wszystko, ze zgodą na sprzedaż nerki i lewego płuca włącznie. Podpisałabym każdą głupotę byle tylko skończyć tę szopkę. Czy muszę dodawać, że kobieta w okienku była co najmniej zirytowana za każdym razem kiedy przychodził skurcz i przerywałam pisanie?

Jeśli ktoś pomyślał, że to koniec na dziś, nie docenia polskiej służby zdrowia. Z kartką od pani z SORu udałam się z powrotem do ambulatorium, tam dostałam klucze do szatni, w której mogłam się przebrać. Wreszcie!

Razem z kilkoma paniami, które miały być przyjęte tego dnia na oddział, ruszyłam w drogę. Pod salą porodową położna oznajmiła: “panią do porodu proszę za mną, a reszta pań prosto, na oddział”. I tu wracamy do naszej znajomej, która przepuszczała przez kilka godzin kobiety w ciąży. Zatrzymała się i dawaj! na salę porodową, bo ona “ma mieć dzisiaj zabieg!”. Zanim dotarło do niej, że to nie tutaj i że przeszkadza, bo jedna z tych kobiet, które przepuściła kilkadziesiąt minut wcześniej, właśnie rodzi, gotowa byłam wykonać jej ten zabieg samodzielnie tępym nożem.

I nareszcie! Po ponad godzinie – sala porodowa! Czy to już teraz ktoś mi pomoże i będę mogła urodzić jak człowiek, nie podpisując żadnego RODO-SRODO, bez żadnych karteczek, dowodów osobistych i narwanych pacjentek?

NIE

 

Przedtem jeszcze sprawdzenie wyników badań i ankieta. Żeby było szybciej przyznałabym się do wszystkiego, niestety ból chciał, żebym zapomniała nawet na jakim stanowisku pracuję, było mi to zupełnie obojętne, przysięgam. Na szczęście tutaj już spotkałam się ze zrozumieniem położnej i na skurczu łaskawie pozwoliła mi przeżywać skurcz i błagać o śmierć zamiast podawać jakie mam wykształcenie i gdzie jestem zameldowana.

No. Tylko tyle wystarczy żeby móc zacząć w spokoju rodzić. Gdyby ktoś miał wątpliwości – absolutnie nie polecam przeżywania tych biurokratycznych absurdów w samotności. Na ścianach powinny wisieć banery z dumnie brzmiącym hasłem: “Partner gotowy na wszystko jedyną gwarancją przeżycia”.

2 odpowiedzi do “Urodzić i nie zwariować”

    1. Bardzo dziękuję! Po takich komentarzach rzeczywiście chce się pisać częściej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *