W pogoni za uciekającym… niemowlakiem

W ręce kubek ciepłej kawy, w wazonie świeże kwiaty, na stole pachnące ciasto. Dziecię kilkumiesięczne zasiada na edukacyjnej macie i sensorycznymi zabawkami wspomaga swój rozwój motoryczny, posyłając Ci słodkie uśmiechy i gaworząc uroczo. Kiedy nudzi mu się jedna zabawka, rezolutnie sięga po drugą.

A potem się budzisz. I oczom Twym ukazuje się chaos.

Pusta butelka turla się po ziemi, zabawki robią chyba walne zgromadzenie z zamiarem założenia związku zawodowego z przewodnią rolą pilotów wszelkiej maści. Wszystko okraszone konfetti z gazety i porannej poczty. Pośrodku Twoje dziecko z miną Szalonego Kapelusznika zmierza po kolejnych uczestników wiecu. Może kwiatek? Albo jakiś kabelek? Może plastikowe pudełko, ewentualnie karton?

Jak się okazuje, nie masz pojęcia nawet o połowie przedmiotów, które zgromadziłaś we własnym domu. Nawet jeśli niedawno się do niego wprowadziłaś i wydaje Ci się, że doskonale wiesz gdzie co leży. Dopiero kiedy Twojego dziecko z narażeniem życia postanawia ów przedmiot zdobyć, dotknąć czy – co oczywiście najciekawsze – zjeść!, uświadamiasz sobie w jakim byłaś błędzie. Ile ciekawych rzeczy znajduje się w zasięgu rączek Twojego malucha. Tych samych malutkich rączek, których istnienie zostało przecież niedawno odkryte przez Twojego bobasa, a Ty prawie ryczałaś ze wzruszenia kiedy tak słodko się im przyglądał.

Otóż te słodkie rączki chcą dotknąć teraz absolutnie wszystkiego. Rzecz jasna im bardziej nie powinny do czegoś dążyć, tym bardziej to robią. Każdy sposób dobry – co nie doraczkuję to dopełzam, po trupach do celu. Pełzanie przez czołganie i służbę wojskową wpiszę sobie potem w CV, a co.

Wiem, że to pewnie niewychowawcze, ale pierwsze co “rzuca mie sie na uszy”, a raczej na usta, kiedy widzę moje dziecię pędzące w stronę zakazanego przedmiotu to: “nie wolno”.  Powtarzam to ze sto razy dziennie, lekko licząc. Jestem pewna, że przyjdzie dzień, w którym ktoś powie mi dzień dobry, a ja odpowiem “nie wolno”. Z podobną częstotliwością powtarzam “nie ma”, chowając w pośpiechu telefon, kabel czy inny pilot. Choć za każdym razem mam wyrzuty sumienia patrząc na zasmuconą buzię, która nie rozumie co się stało – jak nie ma, jak przed chwilą tu było i leżało i czekało na mnie.

Zainteresowanie wszystkim co w zasięgu ręki nie kończy się na martwej naturze. Straciłam już chyba z połowę włosów (z tej połowy, która cudem uchowała się wypadając sobie radośnie po ciąży), gdyż prawie każde pojawienie się słodkiej, pulchnej rączki w okolicy mojej twarzy kończy się wyrwaniem sporej garści. Prawie, bo reszta to organoleptyczne, dogłębne poznawanie poszczególnych części twarzoczaszki, czytaj palec w oku, lifting policzków, nastawianie nosa i ogólnie takie takie.

Palec w oku, lifting twarzy i ogólnie takie takie

Jakby tego wszystkiego było mało, mam wrażenie, że odkąd mój syn nauczył się przemieszczać z prędkością światła, a następnie podejmować próby wstawania opierając się o wszystko co w zasięgu ręki, moja rola jako matki sprowadza się wyłącznie do utrzymania go przy życiu. Nie żeby wcześniej było inaczej, wiadomo. Jednak do tej pory raczej było to po prostu zwyczajne dbanie o niemowlęce życie. Odkąd jednak moje niemowlę-szogun uruchomiło w sobie autodestrukcyjne zapędy, weszłam w fazę nieustannego dbania o to, żeby tego życia samo się przypadkiem nie pozbawiło.

Ja już sama się gubię, jakby to powiedział klasyk – NIE NADANŻAM. W jednej sekundzie Szyms bawi się w najlepsze, w drugiej dostrzega na horyzoncie cel i bez oglądania się na konsekwencje po prostu do niego dąży. Choć dąży to może nie do końca precyzyjne słowo. On do niego zapierdziela. A z dnia na dzień opracowuje nowe metody przyspieszenia, jakby grał na kodach. Nie muszę chyba dodawać, że kody nie obejmują latania. Nie działa to niestety jak w bajkach gdzie struś pędziwiatr orientuje się na środku przepaści, że nie ma gruntu pod nogami, zaczyna uciekać, ale jednak spada. Tutaj upadek następuje od razu. Podobnie gdy mój ośmiomiesięczny bobas postanawia przerwać zabawę w konwenanse i oświadcza całym sobą: “Mamo, jak będę duży zostanę Spidermanem!”, po czym radośnie zamierza się na ścianę, a ja ze stanem przedzawałowym i wywalonym jęzorem lecę uchronić go przed upadkiem na płytki. A w duchu powtarzam sobie, że tylko spokój może mnie uratować. Bo jak teraz spanikuję to co zrobię jak zacznie chodzić?

7 Replies to “W pogoni za uciekającym… niemowlakiem”

  1. Co do uciekania ostatnio dowiedziałam się ciekawej rzeczy,a mianowicie że coraz więcej przypadków jest w szpitalach dzieci z powyrywanymi rączkami i barkami, albo uszkodzonymi bo najczęściej jak dziecko ucieka to tak się je łapie a nie powinno :O tak powiedział lekarz znajomemu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *