Ząbkowanie czyli gdzie jestem kiedy mnie nie ma.

Dziś miało być o czymś innym. Tematów w głowie mam na rok do przodu, tylko żeby ktoś mi dobę rozciągnął o godzinkę chociaż. Wiem, że każdy ma tyle samo czasu do dyspozycji i już nasza w tym głowa żeby wykorzystać go jak najlepiej. 24 godziny Leonarda da Vinci trwały dokładnie tyle samo co 24 godziny maturzysty tydzień przed egzaminami lub zabieganego korpoczłowieka, narzekającego wiecznie na brak czasu. Ja to wiem i rozumiem. Do tej pory nawet przy różnych dziwnych momentach w krótkim życiu mojego syna (czyt. kolki, skoki rozwojowe i inne cuda), byłam w stanie pisać na bieżąco, ogarniać rzeczywistość i nawet wiedzieć o co kaman z Kaczyńskim, Tuskiem, Biedroniem i resztą bandy. Znaczy miałam chwilę żeby zerknąć na wieści ze świata.

Co się stało, że się zesrało?

Przerosło mnie jedno. Niby się spodziewałam, ale chyba jednak nie aż tak. Nie wiedziałam, że ząbkowanie będzie równało się ze zmęczeniem na poziomie very very hard. W byciu zombie mam odznakę dzielnego pacjenta. Gdyby ktoś postanowił zrobić nową wersję teledysku “Thriller” Michaela Jacksona mogłabym w nim grać bez charakteryzacji. Po dniu będącym kumulacją wszystkich zębowych smutków, myślałam, że przesadzam. Że nie jest jeszcze tak źle. Tylko mi się wydaje, lusterko będzie dla mnie łaskawe, muszę tylko zerknąć i upewnić się, że jest ok. Po czym próg mieszkania przestąpił mój wracający z pracy mąż. Spojrzał na mnie, zbladł i wyszeptał: “O Boże…”.

Ząb zupa zębowa

Jak powszechnie wiadomo jesteśmy narodem wybitnie znającym się na sporcie, gospodarce, medycynie i wychowaniu dzieci. W związku z tym kiedy nieśmiało zająkniesz się, że to Twoje dziecko takie marudne, bo chyba ząbkuje, słyszysz podstawową radę – obserwuj dziąsła! Dziąsła obserwuj! A Ty patrzysz i niby wiesz, że powinny być czerwone, rozpulchnione… a dla Ciebie mogą być nawet ZESMOLONE tylko kuźwa niech już się pojawi ten ząb i da żyć! Chociaż na kilka dni. Bo przecież tuż za rogiem czai się kolejny i tylko myśli kiedy by tu wyjść żeby znowu dać Wam popalić. Swoją drogą oczywiście zaraz po pojawieniu się dolnych jedynek, kiedy już witałam się z gąską, dostrzegłam, że za winklem czai się jedynka górna. Kill me.

Na zdjęcia z czasów noworodkowo-wczesno niemowlęcych naszych dzieci patrzymy zwykle z rozrzewnieniem i myślimy, że fajnie by było mieć na powrót takiego maciupkiego bobaska, takiego tyci-tyci, co to nie ogarnia jeszcze, że przyszedł na ten świat, wtulonego w mamusię, takiego słodkiego, o takiego! Mówisz – masz. Pamiętasz godziny spędzane na noszeniu na rękach kolkującego (jest takie słowo?) dziecka? Pamiętasz jak nie mogłaś go odłożyć do łóżeczka, bo zaraz się budził? Pamiętasz jak mógł wtedy spać wyłącznie na Tobie? No to bardzo proszę – powtórka z rozrywki, wedle życzenia. W wersji o kilka kilo cięższej.

I niby znam te wszystkie cudowne sposoby, wiem jak sobie radzić, mam w domu pół apteki, a w lodówce zamiast jedzenia chłodzą się gryzaki. Bo przecież po co mi jedzenie skoro nie mam czasu jeść. A kiedy już znajdę krótką chwilę i chcę napisać wiadomość do kogokolwiek, kto ma więcej niż pół roku, co by kontakt ze światem zewnętrznym nawiązać, orientuję się, że mój telefon nie uznaje już słowa “żeby”. Od razu poprawia na… “zęby”.

W takich warunkach sami widzicie – ciężko skupić myśli i napisać cokolwiek, co miałoby ręce i nogi. Więcej pobudek w nocy, drzemki w ciągu dnia skrócone do absolutnego minimum – i sama nie wiem czy w ich trakcie napić się kawy, a może lepiej skorzystać z toalety albo na chwilę się położyć. Kiedy przychodzi mi do głowy ambitny plan włączenia komputera i zrobienia choćby jakiegoś szkicu szkicu kolejnego posta, uświadamiam sobie ze smutkiem, że zwoje w mojej głowie całkowicie się wyprostowały i potrzebują odpoczynku żeby się z powrotem pozwijać. Krótko mówiąc, nie byłam w stanie się skupić na pisaniu.

Na szczęście, jak to mówią – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Słońce wyjrzało zza chmur jednocześnie oddając mi “mojego” Szymka. Wiem, że zaraz do głosu dojdą kolejne zęby i znowu będziemy umierać i ja, i on. Ale może do tego czasu zdążę odpocząć. I coś napisać 😉

A Wy? Macie to już za sobą? Jakieś cudowne rady na przyszłość, sposoby, łotewer?

 

9 odpowiedzi do “Ząbkowanie czyli gdzie jestem kiedy mnie nie ma.”

  1. Jak ja się cieszę, że jako dorośli już nie pamiętamy jak to bolało. Oczywiście do czasu aż rozboli nas jakiś ząb 😀

    1. Właśnie z jednej strony szkoda, że się nie pamięta jak nas wszyscy na rękach nosili 😉 a z drugiej jakby pamiętać te wszystkie bóle – kolki, wychodzące zęby… To chyba jednak lepiej nie pamiętać 🙂

    1. Też mam to już dawno za sobą 😛 Jednak dobrze wiedzieć, że mam się na to przygotować, gdy będziemy mieć dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *